TURECKI MIODOWY TYDZIEŃ

TURECKI MIODOWY TYDZIEŃ

Pasja do tenisa łączy  tenisistki i tenisistów na tygodniowych wyjazdach w Turcji z Fundacją Tenis Open Andrzeja Rosoła od lat. To był już siódmy wyjazd tej ekipy, mój drugi z nimi i chociaż z początkowej grupy zostało niewielu, to tureckie wyjazdy wciąż  gromadzą i integrują nowych członków, pasjonatów tenisa i życia.

Jak tylko pojawiamy się na lotnisku w dniu, a raczej nocy😉wyjazdu dopada nas zew i duch przygody, jakbyśmy jechali na kolonie lub zieloną szkołę w podstawówce. Grupa to siła i niesamowita energia.

To nie są wyjazdy z trenerami pod okiem których szlifujemy swoje tenisowe umiejętności, nie o to tu chodzi. Przez tydzień na tureckiej Riwierze chodzi zupełnie o coś innego. Tenis, który kochamy to tylko pretekst do tego, żeby przez tydzień wyhamować od obowiązków, rutyny, złapać trochę słońca, wiatru, opalenizny, wakacyjnego luzu. Oczywiście każdego dnia po kilka godzin gramy w tenisa, deble, miksty, z racji dostępności kortów i wielu tenisowych adeptów na single nie ma czasu. Są to rozgrywki ambitne, wymagające, ale z dużą dawką rozrywki, śmiechów i obowiązkowej loży szyderców😉

Każdego dnia wiemy kto wygrał, są brawa i podsumowania, to zasługa Tomka vel Tommy. Gramy w słońcu, pod błękitnym niebem, z widokiem na palmy, w kilku dziesięciu metrowej odległości od morza. Jest przyjemnie, jest woda z lodówki, piwa przynoszone na rakietach, pyszne tureckie galaretki na podniesienie cukru po wyczerpujących meczach.

Czy nasze tenisowe umiejętności są tu kluczowe, też nie do końca. Owszem są wśród nas amatorzy lepsi, z przeszłością zawodniczą, bardziej utalentowani, pracowici. Ich mecze mają większą dynamikę, piłeczki są szybkie i dopieszczone technicznie. Ci mniej zdolni😉może nie grają zgodnie z kanonem, ale za to nadrabiają zaangażowaniem, radością z każdej wygranej piłki, bawią się swoją pasją, uśmiech nie schodzi im z twarzy. Świetnie wspominam moje mecze z dziewczynami, Emilka wypuściłyśmy tego super tie-breaka z rąk😉, ale dla tych kilku spektakularnych winnerów i Twojej nastoletniej fantastycznej energii warto było. Sylwia, Ania, Anita, Iza, Karina , Prakseda, nasze piękne stylizacje, zdjęcia, wygłupy, zdrowa rywalizacja i rozmowy, czy to nie jest kwintesencja tego czego szukamy grając w tenisa.

Tenis nas łączy. Poznałam nowych, świetnych ludzi, to zasługa Andrzeja, że wciąż, od lat udaje mu się zbierać na tureckie eskapady tak zacne grono, od najmłodszych po seniorów, spotykają się tutaj różne pokolenia i style życia.

Zostają mi fantastyczne obrazki, tj.targowanie się na bazarze handlowym z Martą i Darkiem, bezcenne 😉, chociaż wiem , że byli lepsi od nas, tacy co kupili siedem par dżinsów za grosze 😉. Ważne rozmowy z Marianem, Markiem, Robertem, smak naturalnego pysznego miodu serwowanego codziennie na śniadania, słone morze w którym pływałam, zachody słońca, leniwe poranki,  wygłupy w większym gronie czy to na plaży, czy przy okazji wspólnych posiłków i wieczornych posiadówek.  Wiem, że były też  tańce i świetne zajęcia aktywne na basenie, nie udało mi się na nie dotrzeć, a krążą o nich legendy 😉.

Chciałabym podziękować każdemu z Was, nie będę wymieniać z imion całego ponad 50-osobowego składu, za Waszą energię, za każdą rozmowę, uśmiech, czas, za sportową rywalizację. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się nie tylko na kortach, a znajomości zawarte w Turcji przerodzą się w fajne towarzyskie relacje.

Kolonia 😉 skończyła się w zeszły weekend , powrót do rzeczywistości po wakacjach nigdy nie jest prosty. Mamy dalej naszą grupę korespondencyjną, dzielimy się na niej  wciąż tym co nas spotyka, tęsknimy za turecką herbatką i słońcem, nawet za trudami nocnych lotów, to już jest nasze i nikt nam tego nie zabierze.

Ten tydzień na długo zostanie w moich wspomnieniach, dla mnie osobiście były to najlepsze wakacje na których byłam. Oglądając nocą na plaży gwiaździste niebo chciałam zatrzymać czas, zostać tam na zawsze, bo takie chwile nie zdarzają się często, a jeśli są to trzeba się bardzo cieszyć, że się tego doświadcza. Doświadczenie szczęścia i spełnienia jest najbardziej intymnym i osobistym przeżyciem, dlatego szczegóły tego mojego  miodowego tureckiego tygodnia na zawsze zostaną w moim sercu i pod powiekami, a jak tylko zamknę oczy… ❤️


SMECZEM W RAKA-RAZEM MOŻEMY WIĘCEJ

SMECZEM W RAKA – RAZEM MOŻEMY WIĘCEJ 

Jest wiele dróg w naszym życiu, ale tą, która najbardziej się liczy niewielu ludzi jest w stanie podążyć …To droga prawdziwego człowieczeństwa, którą pokażemy nie tylko wtedy kiedy znajdziemy się incydentalnie w sytuacji granicznej, trudnej, albo kiedy nam łatwo, ale którą podążamy codziennie, czyniąc dobro.

Charytatywny Turniej dla Fundacji Smeczem w Raka, który zorganizowałam 8 października  pokazał ogrom człowieczeństwa. Graliśmy dla zmagającej się z nowotworem podopiecznej Fundacji Asi. Środki, które zebraliśmy podczas turnieju i licytacji przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Ale po kole😉

Turnieje tenisowe uwielbiam organizować, ten był inny niż wszystkie poprzednie, cel szczytny, charytatywny, realna pomoc chorej dziewczynie. Od początku czułam, że to coś wyjątkowego. Cudowna Ania i Piotr z Fundacji zaufali mi, powierzyli organizację, wyróżniając mnie w ten sposób. 

Dobra energia towarzyszyła nam od początku. Udało się pozyskać fantastycznych sponsorów i partnerów wydarzenia. Bardzo doceniam osobiste zaangażowanie Eli i Patrycji, reprezentujących sponsorów głównych, wspólne rozmowy o projekcie, ich wsparcie finansowe, nagrody   dodały mi skrzydeł i zapału do działania.

 Pojawili się partnerzy, konkretni ludzie, którzy chcieli dać coś z siebie, żeby wspomóc licytację podczas turnieju. Marta zrobiła własnoręcznie fantastyczne koszulki i oprawę fotograficzną całego wydarzenia. Dostaliśmy vouchery na lekcję pływania z mistrzynią Kasią,  zabieg  na stopy i dłonie w salonie kolejnej Kasi,  trening indywidualny od Pawła i Natalii, cudowny obraz namalowany przez Karolinę, wina z Winiarni, biżuterię i bombki od koleżanek Ani, rakiety od Kamila, Majchrzaka, koszulkę z podpisami Agnieszki Radwańskiej i Jerzego Janowicza od Grzesia, koszulkę z podpisami tenisowej reprezentacji od Piotra czy wreszcie koszulkę z podpisem od Igi Świątek, pięknie oprawioną przez firmę Andrzeja. Patronat nad turniejem objął Wójt Gminy Wielka Wieś. A kolega Tomek zdolny informatyk stworzył aplikację liczącą punkty dla uczestników turnieju. 

A wszystko to  zrobili całkowicie bezinteresownie, z potrzeby czynienia dobra, z chęci niesienia pomocy.

Podczas turnieju graliśmy na trochę innych zasadach niż zwykle, turnieje dla Fundacji Smeczem w Raka rządzą się swoimi skorumpowanymi prawami😉Dodaliśmy trochę innowacji i stworzyliśmy karty szansy, pięknie graficznie zrobione przez wspaniałego artystę❤️, również bezinteresownie. Dzięki kartom losy meczu nie były do końca przewidywalne, w każdej chwili można było je zmienić, jednocześnie wspomagając licytację wsparciem finansowym. Było też dzięki kartom dużo śmiechu i zabawy.

 Po kilku godzinach gry, zgromadziliśmy się w sali na finał turnieju, nagrodzenie zwycięzców i licytację. To co się wydarzyło podczas tej godziny było bezcenne i magiczne. Zobaczyłam moich przyjaciół, znajomych, innych uczestników w pełni ich człowieczeństwa, hojnych, wdzięcznych, współczujących, z sercami na dłoni. To było jak koło śnieżne, jak samonapędzająca się spirala dobra, tyle ciepła i chęci pomocy. Uruchomiliśmy wspaniały stan dobrostanu, wypełniło nas poczucie sensu. Te pokłady dobra w każdym z nas drzemią, na korcie się wkurzamy na złe zagranie, w korku trąbimy, ochrzanimy partnera, pokłócimy się z koleżanką, jesteśmy niecierpliwi i zmęczeni, ale przez tą godzinę zobaczyłam, że każdy z tych ludzi, który tam był jest CZŁOWIEKIEM.

Podopieczna Fundacji Asia dla której graliśmy jest wzruszona i wzmocniona siłą pomocy i dobrej woli tenisistów dla niej grających. Obcy ludzie zrobili dla niej coś czego nie musieli, zatrzymali się w biegu, żeby jej pomóc.

Pomaganie jest zaraźliwe, daje ogromną satysfakcję, ta energia krąży i jestem pewna, że wraca ze zdwojoną siłą, kiedy dajesz, mnożysz dobro.

Świat jest wystarczająco zły, wojny, konflikty, nienawiść, wrogość, takie momenty zatrzymania jak ten podczas turnieju dla Fundacji Smeczem w Raka, pokazują właściwą drogę do człowieczeństwa. Jestem dumna i bardzo szczęśliwa, że nasze tenisowe środowisko pokazało taką moc dobra. Jestem spokojna o kondycję ludzkości.

Nawet jeżeli znów będziemy się kłócić na korcie o niesłusznie wywołany aut, albo narzekać na baloniarzy😉to w mojej pamięci będzie wiele wspaniałych klisz z turnieju, : jak 11-letni Albert chwali Justynę, że już jej dobrze idzie😉 , Marysi tłumaczy zasady debla😉, jak pięknie się cieszy, jak wygra, jak Włodziu idzie va banque😉, radość  siostry Jarka z wylicytowanej bombki, ogromne serce Mariusza, który oddaje do licytacji nagrodę, którą wygrał, Magda i Agą, które były choć nie grały i wiele innych wspaniałych momentów.

 Każdy z Was, który tam był upewnił mnie w tym jak wielką szczęściarą jestem, że Was znam.

Dziękuję!❤️


SERCE DO TENISA

SERCE DO TENISA

W ostatnich tygodniach docierają do nas informacje ze światowego kobiecego tenisa zapowiadające duże zmiany. Na trwającym właśnie US OPEN karierę kończy KRÓLOWA SERENA WILLIAMS, to w Nowym Jorku zagra swój ostatni mecz… Kibice, fani pożegnają ją na pewno z należytym honorem, będą owacje, łzy, przemowy, sentymentalne wspominki i żal, że pewna epoka się kończy. Williams na korcie osiągnęła wszystko, jest inspiracją dla milionów małych i większych dziewczynek, które godzinami odbijają tenisową piłeczkę, w nadziei, że choć w małym stopniu dogonią swoją mistrzynię. Serena swój tenisowy sukces przekuła w sukces komercyjny, stała się marką samą w sobie. Jej wszelkie rekordy wydają się absolutnie nie do pobicia. A jednak miliony dziewczynek wierzą, że mogą  to osiągnąć, dlatego, że znają historię sióstr Williams.

Serena Williams jest ambasadorką NIKE, a ja jestem świeżo po lekturze książki „SZTUKA ZWYCIĘSTWA”która jest wspomnieniami założyciela firmy NIKE Phila Knighta. Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, Knight miał swój Szalony Pomysł, z miłości i pasji do biegania, założył firmę produkującą początkowo obuwie dla biegaczy, a która z czasem przekształciła się w giganta rynkowego, co nie było łatwe.Knight pisze  o tym jak realizować swoje marzenia, jak biec pod wiatr mimo przeciwności, nie zatrzymywać się, nie poddawać, cokolwiek się zdarzy, wierzyć w swój cel, nawet jeżeli trzeba biec dwa razy szybciej niż inni, którym przychodzi coś łatwo, to trzeba tak właśnie biec.Pisze też o tym, jak ważni są ludzie, których spotykamy na swojej drodze i szczęście lub jak to można też nazwać dobry splot okoliczności.

Inspirująca historia i przekaz, nie przez przypadek największe sportowe ikony są ambasadorami Nike, często są to sportowcy, którzy, żeby dojść na sam szczyt musieli bardzo długo, żmudnie i cierpliwie się wspinać. Serena też tak miała, patrząc na nią teraz jak wchodzi na kort centralny w Nowym Jorku ubrana od stół do głów w NIke, w błyszczącym płaszczu, butach sygnowanych jej nazwiskiem, żeby pożegnać się ze swoimi fanami i ostatni raz zagrać wiem, że jej Szalony Pomysł się udał, nie zatrzymała się i nigdy nie poddała.

Inne zmiany w kobiecym tenisie związane są z życiem, Petra Kvitova wychodzi za mąż, Angie Kerber spodziewa się dziecka, Maria Sharapova została mamą, tenisistki, które rywalizowały w tourze z Sereną Williams , odchodzą na sportową emeryturę. W grze zostaje mnóstwo innych tenisistek, ale wciąż wśród nich nie ma żadnej ikony. Iga Świątek pozostaje nadal numerem jeden, ale dopiero buduje swoją tenisową osobowość i tożsamość.  Mocno medialnie promowane, Naomi Osaka i Emma Raducanu szybko odpadają z turniejów. Badosa, Gauff, Sakkari, Jabeur, Rybakina i inne grają spektakularnie, widowiskowo, walczą na korcie, żeby za chwilę sromotnie przegrać. 

Brakuje mi determinacji u tych dziewczyn, wzorca, który chce się naśladować, nie są ikonami jak ich poprzedniczki, to wszystko co je otacza, blichtr, komercja, biznes przesłania najważniejsze, serce do tenisa. Może każda z nich ma swoją górę pod którą żmudnie się wspina, może pokażą, że mimo upadków wejdą na nią. A może chodzi o samą drogę, żeby wciąż chcieć iść, nawet jeżeli cel się oddala i to właśnie ta droga pełna poświęceń jest wystarczająca. Może czas to pokaże i doczekamy się nowej KRÓLOWEJ.

Dostałam ostatnio wibrastop Marii Sharapovej ,czerwone serduszko, którego zdjęcie ilustruje dzisiejszy felieton, traktuje go jak talizman, który przynosi szczęście. 

Serce do tenisa mam, nie tylko to na rakiecie, wciąż naiwne i otwarte i mimo kłód pod nogi, moje leniwe nogi wciąż niosą mnie na kort, gdzie w pocie czoła próbuje pokonać swoje ograniczenia. Walczę ze słabościami, frustracją, tym, że inni potrafią, a ja nie łapię czasem prostych rzeczy, cały czas chcę się uczyć, doskonalić. 

Nie można zmusić serca, żeby wybierało rozsądnie, samo podejmuje decyzje, trzeba zawsze iść tam gdzie ono prowadzi, inaczej traci się wszystko. Gdybym słuchała rozumu powinnam szukać innego sportu, powinnam dalej pracować w korporacji, a nie iść za swoim SZALONYM POMYSŁEM pisania felietonów, organizowania turniejów, rozmawiania z ciekawymi ludźmi. Ale uwierzyłam , że chcę i mogę. I rzeczywiście mogę i wciąż kocham tenisa pasjami.

 Mam swoją górę, pod którą idę codziennie, jestem teraz w dobrym momencie życia, a serce Marii jest ze mną na dobre i na złe. 

Każdemu z Was życzę takiej drogi pod  górę, do jakiej jesteście zdolni, a uwierzcie jesteście zdolni do wszystkiego i  tylko od Was zależy, czy będzie to droga na skróty, czy pełna piękna, pasji, determinacji, zwrotów akcji  i serca, które czasem pęka, ale i tak bije dalej.


TENIS W UZDROWISKU

TENIS W UZDROWISKU

O obozach tenisowych Szkoły Tenisa Intertenis w Bardejovskich Kupelach od lat krążyły w Krakowie legendy.

Na samo hasło Bardejovskie Kupele na twarzach znanych mi tenisistek i tenisistów pojawiał się rozmarzony, nostalgiczny uśmiech. Zaciekawiona, zaintrygowana dopytywałam, odpowiadali enigmatycznie, że jest tam wyjątkowo i po prostu, żeby to zrozumieć, trzeba tam być. Trzeba poczuć moc i ducha Kupeli.

Pandemia nie pozwoliła nam pojechać tam wcześniej, ale wreszcie w czerwcu tego roku się udało.

Bardejovskie Kupele to bardzo znane i popularne uzdrowisko na Słowacji, leży u podnóża góry Magura, panuje tu specyficzny, korzystny dla zdrowia klimat. Jest tu siedem źródeł wody mineralnej  na różnego rodzaju schorzenia i dolegliwości oraz najstarszy na Słowacji skansen.

Historycznie uzdrowisko odwiedzali między innymi żona cesarza Franciszka, znana jako Elżbieta Bawarska vel Sisi, żona cesarza Napoleona, Maria Luiza czy car Rosji.  Jest też obiekt sportowy z sześcioma znakomitymi kortami ziemnymi, na których będziemy trenować. I jest kultowa Magnolia, w której się tańczy do słowackich hitów.

To garść faktów, kiedy jednak wjeżdżasz do Bardejovskich Kupeli po raz pierwszy, od razu czujesz, że czas się zatrzymał…

Jest tak jak w latach 90-tych w Polsce, specyficzny architektoniczny miks, z jednej strony uzdrowiska w austriacko-węgierskim stylu, z drugiej strony blaszaki, z zardzewiałymi balustradami, betonowe, nieładne. Dużo zieleni, ławki, pijalnia wód, restauracje z ceratami na stołach, bez nowoczesnego designu, cukiernie z ciastkami jakie pamiętam z podstawówki. Po pierwszym szoku, niedowierzaniu, że są jeszcze takie miejsca, zaczynasz wpadać w klimat. Okazuje się, że to jest urocze, z każdą godziną pobytu odnajdujesz spokój i pewność, że w życiu za bardzo przyzwyczajamy się do wygody, że detale i atuty przesłaniają nam całą kwintesencję prawdziwego piękna. Bo piękno można odnaleźć siedząc o pół nocy na betonowym tarasie, po grze w kręgle, zatracając się w nocnych Polaków rozmowach. Piękno to owsianka dana z sympatii na śniadanie, taniec w Magnolii do  Hallelujah ze Shreka, to leniwe, romantyczne popołudnie na ogrodowej huśtawce, to wreszcie spalone słońcem korty ziemne, a w ich tle cerkiew.

Magia miejsca pozwala znaleść duże wyciszenie, moc uzdrowiska zaczyna działać, ale jesteśmy przecież przede wszystkim na obozie tenisowym.

Trenujemy od pierwszego dnia pobytu. Marek Molenda z trenerami Krzysiem i Słowakiem Lubo przydzielają nas do grup, zgodnie z naszym poziomem gry, trenujemy codziennie po dwie godziny, po południu szkolne gierki czyli sparingi, dodatkowo turniej deblowy i turniej na zakończenie obozu. Jesteśmy minumum cztery godziny na korcie każdego dnia, my adepci, bo trenerzy robią nadgodziny. Metody treningowe Marka i ekipy są przejrzyste i konkretne, maksimum wiedzy, ćwiczeń oraz wizualnych afirmacji, jakie można przekazać w tak krótkim czasie. Duża koncentracja, dbanie o szczegóły, praca metodyczna , rozgrzewka to znaki firmowe Szkoły Tenisa Intertenis. Ja osobiście mocno pracuję nad zmianą forhendu od kilku tygodni, zajęcia  z trenerami na obozie pokazały mi detale, o których muszę pamiętać. Przemówiły do mnie metaforyczne porównania o tym jak głaskać psa czy też rzucać legendarne kaczki kamieniem na wodę czyli w skrócie  jak puszczać luźno rękę i jak ustawiać nadgarstek przy forhendzie😉

Zajęcia serwisowe z Markiem w czapkach maga przechodzą do legendy😉

Okazuje się w teorii to takie proste, ściągnąć czapkę, muskając ją rakietą ,nic więcej😉

Te kilka dni na kortach dla każdego z nas, czy to początkującego czy pro czy zaawansowanego były wspaniałe. Sama gra, adrenalina, gorące słońce, nogi brudne z mączki, bolące ciała, pot, walka to jest coś co kochamy w tym sporcie. Nawet po kilku godzinach snu, niektórzy lekko spóźnieni 😉stawialiśmy się na naszych zajęciach, głodni wiedzy, pokorni, czasem buńczuczni, ale zawsze otwarci na zmiany naszych map mentalnych 😉

Czy to Bardejovskie Kupele czy Starachowice czy Będzin😉z właściwymi ludźmi wszędzie jest znakomicie.

Pasja do tenisa generuje ciąg świetnych zdarzeń, poznajemy cały czas ciekawych, nowych ludzi, na kortach jesteśmy często rywalami, ale wieczorem wspólnie się śmiejemy przy dobrym regenerującym piwie. Okazuje się, że nie ma wtedy granic, nie ma znaczenia czy dopiero zaczynasz grać czy już jesteś starym wyjadaczem, kochasz tenisa i to wystarczy, żeby być w grupie takich samych jak Ty pasjonatów.

Jest wielu bardzo dobrych trenerów tenisa, ale osobowość w tym fachu wciąż jest na wagę złota.

Marek Molenda to ma, jest kompletny, prawdziwy, skraca dystans , ale zachowujemy do niego ogromny respekt, niektórzy nawet, ci jego najbliżsi są z nim na pan😉

To były cudowne dni,  jestem w grupie tych szczęśliwców, którzy byli, zobaczyli i przeżyli Bardejovskie Kupele.  Na zawsze zostaną w mojej pamięci,  mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

To ja mogę teraz z rozmarzeniem na twarzy opowiadać innym o tych tenisowych obozach.

Dziękuję trenerom, koleżankom i kolegom  za świetny czas razem!

Kto jeszcze nie był, koniecznie musi pojechać i poczuć kojący klimat uzdrowiska, tego nie oddadzą żadne słowa, tam trzeba być.


PRESJA NA MILIONY

PRESJA NA MILIONY

Trwa właśnie kolejna edycja Wielkiego Szlema- Roland Garros, na pełnych publiczności  ceglastych kortach w Paryżu. Pachnie mączką, kurzy się, brudzą się tenisowe ubrania, buty, skarpetki, pogoda kapryśna, trochę słońca, trochę pada, wieje. Idole grają, weszli na sportowe areny  z oczekiwaniami, z kontraktami, z rankingami, z marzeniami, chce wierzyć, że z pasją. Każdy z nich teoretycznie ma szansę na triumf, w drabince głównej Roland Garrosa nie ma słabych tenisistów, ale jak wiemy zwyciężyć może tylko jeden. 

Kalendarz całorocznych przygotowań jest podporządkowany głównie turniejom wielkoszlemowym , to tu zdobywa się najwięcej punktów w rankingu, sławę, pieniądze, prestiż i tu przechodzi się na zawsze do historii. Mówi się, że po wygraniu jednego z czterech turniejów Wielkiego Szlema już nic nie trzeba udowadniać. Czy jednak na pewno ?…

Na obrońcach tytułu presja ciąży cały czas, czy znów zdobędą  tytuł, czy ich triumf to był jednorazowy wyskok, czy są w stanie się utrzymać na topie dłużej. Historia tenisa pokazuje, że tu jak w życiu, wszystkie scenariusze są możliwe. Są rekordziści, są gwiazdy jednego sezonu, są „przeciętniacy” z kilkoma tytułami, a widzowie i fani i tak szanują najbardziej tych, którzy zostawili na korcie serce i prawdę,  a ich kariera jest spójna.

Okazuje się, że tenisistki i tenisiści, w ogóle sportowcy są traktowani trochę jak towar, ich potencjał rynkowy jest oceniany na podstawie bardzo różnych parametrów. Dlatego świat dużych pieniędzy i kontraktów bardziej interesuje się  Emmą Raducanu i Naomi Osaką a nie Barbarą Krejcikovą  czy Igą Świątek, nawet jeżeli  ta ostatnia jest w tej chwili światowym numerem jeden. Z tych czterech pań została w grze w Paryżu tylko Iga, gra i to tak, że zmiata wszystko z kortu, unosi się tylko ceglany pył. Fenomenalna dyspozycja Igi trwa już kolejny tydzień, trzydzieste zwycięstwo z rzędu, w stylu, który nie pozostawia rywalkom żadnych złudzeń. Wydaje się, że nie ma na ten moment tenisistki, która jest w stanie Igę zatrzymać w drodze po Coupe Suzanne Lenglen, a jednak piękno tenisowej rywalizacji polega na tym, że dopóki nie zagrasz ostatniej zwycięskiej piłki, niczego nie możesz być pewien.

Zastanawiam się, co Iga Swiątek sobie myśli przed kolejnym meczem, czy z tyłu głowy ma te rekordy, które teraz wykręca, czy wizja przegonienia tych największych w historii jej towarzyszy, czy są tam pieniądze, te legendarne kontrakty, czy jest w niej głód, zabawa i pasja, a może po prostu jest w pracy i robi swoją robotę najlepiej jak potrafi. Wywiady dla mediów są też strategią wizerunkową, można wiele między wierszami wyczytać, Iga wydaje się dojrzała i zdystansowana, ale ja widzę  też w niej 21-latkę, rówieśniczkę mojego syna i widzę podobieństwo,  brak zachłyśnięcia się swoim talentem i doskonałością.

 To dobrze wróży, bo presja jaka jest teraz na niej jest poza nią, jest dla niej szansą, a nie negatywnym obciążeniem. Tak jakby to niespodziewane zostanie światową jedynką dodało jej skrzydeł, wyzwoliło to co od dawna w niej drzemało, pewność siebie, nie arogancję, spokój i moc uderzeń, nie agresję i butę, prawdę w tym co mówi o sobie, o tenisie, o Ukrainie, braku punktów na Wimbledonie. Iga już nie płacze na korcie z bezsilności i frustracji, nie jest już zagubiona, pojawiają się  co najwyżej łzy szczęścia i promienny uśmiech.

Jak uświadomisz sobie, że jesteś w czymś naprawdę dobry, to stajesz się wolny. Podejmujesz kolejne wyzwania, budując krok po kroku swoją historię, na swoich warunkach. Klucz do wszystkiego jest w twoich rękach. Potrzeba czasami wsparcia z zewnątrz, jakiegoś impulsu, dobrego zbiegu zdarzeń, ale to wciąż  od nas zależy co zrobimy z naszymi talentami, dobrostanem. Koncertowanie się na sztucznie wykreowanym wizerunków i na milionowych kontraktach to zawsze myślenie krótkodystansowe. Pieniądze prędzej czy póżniej pojawią się ogromne, bo takie są w tenisie dla najlepszych, ale wraz z nimi i szumem medialnym przychodzą załamania, spadek formy, brak poczucia celu i sensu. I te zawodniczki, które tej swojej tożsamości i prawdy nie umieją zbudować przegrywają nie zawsze tylko  na korcie, często przegrywają w życiu.

Iga Świątek jest na takim etapie, w takim miejscu, że czy wygra czy przegra Rolanda Garrosa to…wygra. Ona to wie i jest szczęśliwa. Wie, że to na jej sukcesy patrzą  inne tenisistki, że to ona kreuje damski tour i  grę. Tak po sportowemu  na pewno ma ochotę zgarnąć ten tytuł i może to zrobi, nie dla milionów na koncie, tylko dlatego, że wie, że może to zrobić. Wie, że jest silna, swoją pewnością, która krąży w jej krwiobiegu. A jak nie wygra, to nie popadnie w czarną rozpacz, tylko otrzepie buty z cegły i z uśmiechem na ustach i w oczach pożegna Paryż.

Presja nie jest słowem o miłym wydźwięku, nie ma w niej ciepła, wolności wyboru, lekkości. Brzmi ciężko, kojarzy się z walką za wszelką cenę, z lękiem, z frustracją i ogromnym stresem. Cały świat żyje pod presją sukcesu, pieniądza, wizerunku, szczęścia, a my się temu poddajemy, goniąc za czymś co nie zawsze jest tożsame z naszymi pragnieniami. Wchodzimy w tryby tej machiny presji praktycznie we wszystkich aspektach życia, zupełnie niepotrzebnie, wykręcając rekordy gdzie tylko się da.

 A gdyby tak jak śpiewa Anna Maria Jopek :…” Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, bo wysiadam…przez życie nie chce gnać bez tchu…już nie chę z nikim ścigać się , z sił opadam…”, po prostu się zatrzymać i wsłuchać w siebie, we własne  pragnienia, uwierzyć w swoje talenty, w to, że jest się wystarczająco dobrym. Ściągnąć z siebie presje, żyć po prostu, po swojemu, w swoim rytmie. Tenis wtedy też zaczyna się inaczej układać, szczególnie jak uczysz się po latach grać prawidłowo forehand od  podstaw, łatwo nie jest, ale nie ma presji, jest za to czysta dziecięca radość😉 


BARCELOŃSKA PAELLA-TENISÓWKI I PALECIARZE NA GIGANCIE

BARCELOŃSKA PAELLA – TENISÓWKI I PALECIARZE NA GIGANCIE 

Hiszpania to kraj, który już lata temu wybrałam na moje miejsce na ziemi, tam chcę spędzić jesień życia. W sercu wprawdzie ciągle maj😉, ale wizja hiszpańskiego rozdziału przybliża się powoli z każdym kolejnym końcem lata. W Hiszpanii jest wszystko co kocham, słońce, wolność, uśmiechnięci, otwarci ludzie, znakomite jedzenie i celebracja chwil. Jest piękna architektura i sztuka naznaczona boskością Gaudiego, dużo zieleni, fontann, futbol, a co najważniejsze jest też mój ukochany tenis.

Wymyśliłam sobie, że tej wiosny chcę zobaczyć prawdziwy zawodowy tenis na żywo gdzieś w Europie. Pierwszym wyborem był Rzym, powstał PROJEKT RZYM i z koleżankami przez kilka miesięcy zamiast zająć się konkretami, zajęłyśmy się wygłupami i z Rzymu, zrodziła się Barcelona. Tym projektem zajął się na szczęście profesjonalista, kolega Tomek, tenisista, członek elitarnej grupy TENISÓWKI I PALECIARZE 😉. Zaplanował wszystko w najmniejszym szczególe,  kupno biletów na lot, mecze, rezerwacja hotelu, aplikacja rozliczeniowa, pilnował nas, pisząc maile z każdym detalem podróży, zadbał o wszystko, nawet nas odprawił😉. Mieliśmy się  tylko stawić w niedzielę Wielkanocną na lotnisku w Balicach ok 16.00. 

Wylądowaliśmy szczęśliwie w Barcelonie wczesnym wieczorem i zaczęła się kilkudniowa fantastyczna przygoda. Już pierwszego wieczoru i nocy poczułam Hiszpanię. Po dobrej kolacji z winem😉postanowiliśmy spontanicznie pójść nocą pod Sagradę Familię, ponad trzy kilometry, siecią ulic w module kwadratu, uroczymi placykami, co chwilę zaśmiewając się do łez, zatrzymując, żeby podziwiać piękną elewację albo drzewko z mandarynkami. Energia tamtej nocy była magiczna, duch miasta do nas przemówił…Monumentalność Sagrady nas onieśmieliła, staliśmy tacy mali, zachwyceni kunsztem ludzkiej myśli i rąk. Absolutna doskonałość…

Dwa kolejne dni zaplanowaliśmy na tenisowo. Obiekt Real Club de Tenis Barcelona, w którym odbywał się turniej ATP 500 jest świetny. Położony w nowoczesnej, pełnej zieleni dzielnicy, blisko  naszego hotelu. Przed pierwszym poniedziałkowym wejściem staliśmy w gigantycznej kolejce takich samych jak my tenisowych pasjonatów, w której słuchać było języki całego świata 😉.

To był mój pierwszy tej rangi turniej, wrażenie jest niesamowite, obiekt funkcjonuje jak małe miasteczko, z food trackami, sklepikami, siecią toalet, stanowisk sponsorskich.

 Miejsca na trybunach mieliśmy znakomite, o to oczywiście zadbał Tomek, zawodnicy byli praktycznie na wyciągnięcie ręki. Mączka jest nawierzchnią najwolniejszą, dlatego widzieliśmy piłki😉, momentami nawet wydawało nam się, że w sumie to my też tak umiemy zagrać  jak oni, …no może raz na miesiąc😉.Troszkę też z większą pobłażliwością patrzymy  teraz na nasze amatorskie błędy, bo wiemy już, widzieliśmy na żywo😉, że podwójne serwisowe albo duże auty zdarzają się również zawodowcom. 

Widzieliśmy w akcji między innymi Musettiego, Kordę, Lopeza, Rudda, Schwartzmana, Norriego. We wtorek na oglądaniu tenisa spędziliśmy prawie osiem godzin…Atmosfera trybun, tupanie, skandowanie przy okazji piłek setowych lub meczowych, doping to jest coś co można tylko poczuć będąc na  miejscu, ekran telewizora tego nigdy nie odda. Hiszpanie kochają tenisa, siedziały obok nas wielopokoleniowe rodziny, od maluchów po siwowłose babcie i dziadków.

My wśród nich, ożywieni, rozemocjonowani, analizujący dramaturgię poszczególnych meczy, troszkę za chmurami, czasem  w pełnym słońcu, co niektórzy przypłacili indiańską opalenizną 😉.

Tenis zdominował nasz wyjazd, ale na szczęście jak w hiszpańskiej  pysznej paelli, która jest mieszanką ryżu, kurczaka, owoców morza i warzyw, każdy z nas w Barcelonie znalazł swój  ulubiony smak. Stadion FC Barcelony, dzielnicę Gotycką, zwiedzanie parków, katedry, Placu Hiszpańskiego, La Rambli, było nawet morze  i targ na specjalne życzenie Włodzia, czy TOUS dla mnie i Justyny😉. Było pyszne jedzenie, desery, winko, oliwki, leniwa kawa, tapasy ze specjalną rekomendacją szefa kuchni, ten ogon byka będzie się jeszcze długo nam śnił😉

Mówi się, że nieważne gdzie, najważniejsze z kim. I to się zgadza. Nasza szóstka TENISÓWEK I PALECIARZY to wymieszana energia różnych osobowości, światopoglądów, doświadczeń. Tworzymy zespół doskonale się uzupełniający, dobrze się ze sobą czujemy i świetnie się razem bawimy. Połączył nas tenis, ale już dawno tenis jest tylko pretekstem, bo tak naprawdę liczy się to jakimi jesteśmy ludźmi, nie tenisistami. Być w Barcelonie razem to był dodatkowy bonus, bo miasto zdecydowanie nas uwiodło.

Barcelona  ma czarodziejską moc, zanim się człowiek obejrzy, wejdzie mu pod skórę i skradnie duszę…

 Marysia, Justyna, Tomek, Jarek, Włodek dziękuję za wspólny czas, za skubanie  pychotek😉,  za wyrozumiałość dla moich długich telefonicznych rozmów😉. 

Za to, że poczułam się z Wami jak nastolatka na wakacyjnym  gigancie, jak dzieciak, pod opiekuńczym skrzydłem racjonalnych, dojrzałych przyjaciół , na których mogę liczyć nie tylko w kwestii wyboru prawidłowej linii metra😉, ale też w  innych sprawach, tych najważniejszych.

Barcelona, jej zapach, słony od morza, słodki od karmelu i słońca, cierpki od wina, z rytmicznym odbiciem tenisowej piłeczki, w wąskich uliczkach, z brukiem, w który wpadają kobiece obcasy to  już jest nasze miasto. Oswoiliśmy je razem.


LATO BEZ LIGI-O LUKSUSIE WYBORU.

LATO BEZ LIGI – O LUKSUSIE WYBORU

Zawitała wreszcie wiosna, na razie nieśmiało…, pierwsze kwiaty, trawa lekko się zieleni, słońce łaskawszym okiem patrzy z góry. Sezon na kortach otwartych już lada moment wystartuje.   Tenisiści czekają na to z utęsknieniem, wyjdziemy z hal, balonów, żeby przez parę miesięcy delektować się zapachem mączki, długimi, ciepłymi dniami, ale też  narzekać na upał i wiatr😉.

Jak co roku o tej porze stawiamy sobie cele na sezon. Ligi zimowe wchodzą w zasadniczą fazę play off i finałów, jeszcze się nie skończyły, a już trwają zapisy do letnich ich edycji. Duży wybór kortów, stopni zaawansowania, nagród, potencjalnych przeciwników i osiągnięć. Jest tyle alternatyw, że  luksusem wydaje się być, nie granie w żadnej😉.

  A może by tak …grać w tenisa bez presji wyniku, czasu, tylko dla czystej przyjemności. Mecze ligowe nas rozwijają, ale jednocześnie mocno wyczerpują i wypalają. Przeciwnicy są bardzo różni, przypadkowi albo często ci sami, niektóre mecze stoją na świetnym poziomie, inne mniej, są dramatyczne zwroty akcji, dominacja, walka do ostatniej piłki, satysfakcja, czasem całkowita niemoc, brak chęci, łatwa przegrana i frustracja. Ligowe wyniki idą w świat😉 co dodatkowo rodzi presje. Jesteśmy zbyt ambitni, narzucamy sobie cele, które za wszelką cenę chcemy zrealizować, a potem pojawia się przesyt jak wygramy po raz kolejny lub niedosyt jak wynik znowu wymknie nam się z rąk. Nieustanna gotowość, koncentracja i kalkulacja, że coś trzeba, że ten mecz musimy wygrać, że z tym przeciwnikiem to spacerek, a z innym to bez szans, itd. Po drodze gubimy radość z gry, świeżość, luz. 

Luksus życia polega na wolności wyboru i nie uleganiu presji otoczenia. To lato zamierzam więc spędzić luksusowo😉. Grać tylko z tymi, których towarzystwo daje mi ogromną radość, a potyczki na korcie są tych spotkań uzupełnieniem. W gorącym słońcu, w krótkich sukienkach, z opalonymi nogami i ramionami będziemy się oddawać relaksowi, chłodzić zimną lemoniadą, leżąc na leżakach, odpoczywając na tarasach widokowych,  rozmawiając o naszych pasjach i życiu, a gdzieś w między czasie grać w tenisa. 

Otwieramy klub VIPowskich sparingów lato 2022 😉. Gramy gdzie chcemy, z kim chcemy, kiedy chcemy, tenis jest tylko pretekstem do wspólnego spotkania. Selektywnie wybieramy parę mniejszych bądź większych turniejów, żeby zatęsknić i od czasu do czasu poczuć ducha zdrowej rywalizacji. Ja i moi znajomi chcemy też ten sezon letni poświęcić na pracę nad elementami w tenisie, w których mamy braki, z solidnych treningów nie rezygnujemy. I podróże, na to stawiamy, już wkrótce Barcelona, turniej ATP i delektowanie się urokami miasta.

Nadmiar wyborów i ich dostępność we wszelkich dziedzinach życia jest męczącym znakiem czasów, wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, zgubiliśmy gdzieś prostotę, pragnienia, zanim pomyślimy o tym czego chcemy naprawdę, o czym marzymy, dostajemy mnogość opcji, odpowiedzi.

Jestem tym wyczerpana. Chcę poczuć lato każdym zmysłem, chcę się zatrzymać.  Zamiast wykwintnego obiadu z przystawką i deserem, chcę zjeść ziemniaka z ogniska, popatrzyć w gwiazdy. Chcę założyć fajną tenisową sukienkę, owijkę na rakietę, umówić się z koleżanką tenisistką na meczyk, bo tak chcemy, a nie musimy rozegrać enty w sezonie mecz  z kimś dla kogo jesteśmy statystyką ligową.

Czujecie ten zew wolności, ten ciepły wiatr, tą zapowiedź letniego nienasycenia?…

Przerwa od ligi da nam balans, uzupełnienie energii, znowu wróci głód rywalizacji, na jesień będziemy gotowi, w blokach startowych ze wspomnieniami niezapomnianego lata, bogatsi o perspektywę wyboru najlepszej dla siebie drogi, zgodnej z wewnętrznymi potrzebami.

A tymczasem finały zimy przed nami, trzymam kciuki za wszystkich znajomych, którzy walczą. Ja również gram o 3 miejsce w jednej z lig, w drugiej na 90% znajdę się w play off, w ćwierćfinałach. Te rezultaty ogromnie mnie cieszą, bo taki był mój cel.

 Bez względu na finalne ligowe rozstrzygnięcia, sezon wiosna/ lato spędzam luksusowo😉 Was też do tego zachęcam.


TENIS W CZASIE WOJNY-DOKĄD ZMIERZASZ ŚWIECIE?....

TENIS W CZASIE WOJNY- DOKĄD ZMIERZASZ ŚWIECIE?…

Długo zabierałam się do napisania tego felietonu, ostatnie tygodnie są bardzo trudne. Przecierałam oczy ze zdumienia, widząc czołgi na ulicach, spadające bomby, rannych, zabitych, uciekających…Coś co wydawało się absolutnym reliktem przeszłości, niemożliwym do powtórzenia w nowoczesnej Europie, stało się faktem.

 Niewiele ponad 200 kilometrów od miejsca w którym co środę radośnie trenuję tenisa ,toczy się regularna wojna. Nasz europejski ład solidnie się zachwiał. Przez pierwsze dwa dni siedziałam odrętwiała, oglądając różne kanały informacyjne, z niedowierzaniem, strachem i poczuciem bezsilności. Ze swojego poziomu próbowałam realnie pomóc w zakresie swoich możliwości. Solidarność z Ukraińcami uciekającymi z własnych domów jest u nas w Polsce ogromna, angażujemy się naprawdę wzorcowo, ucichły gdzieś polityczne spory, w obliczu tragedii tych ludzi umiemy być przyzwoici. 

Miałam dylemat czy organizować turniej w tym czasie, czy wypada bawić się, grać radośnie kiedy obok umierają ludzie, ale w ramach protestu przeciwko złu i w solidarności z Ukrainą postanowiliśmy 5 marca jednak oddać się naszej  tenisowej pasji i przy okazji wspomóc zbiórką Ukrainę.

 Nie tylko mój turniej odbył się w tym czasie, na światowych kortach Dubaj, Doha, w którym Iga Swiątek zdobyła tytuł, teraz Indian Wells, za chwilę Miami, świat wielkiego tenisa się nie zatrzymał…

Obserwuję  postawę swoich idoli, sportowców, ikon, jak odnajdują się w tym czasie, a odnajdują się różnie…Niestety milczą najwięksi, Federer, Nadal, Barty na swoich profilach w mediach społecznościowych ani raz nie wyrazili swojej solidarności z Ukrainą, tak jakby żyli w bańce swojej perfekcji i świat realny ich nie dotyczył. Spore rozczarowanie…

Wiem, że może to tylko słowa, być może pomagają anonimowo ofiarom wojny, tylko, że świat, młodzi patrzą na swoich idoli i uczą się od nich postaw, nie tylko gry. Ogromnie brakuje mi wywiadu Nadala, w którym stanowczo zaprotestowałby  przeciwko wojnie, są tematy i wartości od których nie można się dystansować.

Bardzo podoba mi się postawa Igi Swiątek, która nie tylko gra z symboliczną wstążeczką z flagą Ukrainy, ale też podkreśla w wywiadach i na swoich profilach zdecydowane NIE przeciwko wojnie. Tenisistek i tenisistów  podobnych Idze jest sporo, jednak to wciąż mniejszość, reszta wybiera milczenie. 

Postacią wiodącą, reprezentującą Ukrainę w tourze jest teraz bardzo medialna Elina Svitolina. Od początku wojny mocno angażuje nie w pomoc rodakom i nagłaśnia temat gdzie tylko może, apelowała również o to, aby tenisiści z Rosji i Białorusi mogli występować w turniejach ATP i WTA tylko jako neutralni zawodnicy, bez flag reprezentujących ich kraje, co udało się osiągnąć. Dodatkowo drużyny narodowe z Rosji i Białorusi decyzją ITF zostały wykluczone z rozgrywek. Presja ma sens.

Oczywiście można powiedzieć, czemu winni są rosyjscy sportowcy, często żyjący i trenujący poza Rosją, dlaczego mają ponosić konsekwencje politycznych sporów. A jednak poczucie człowieczeństwa i dobrego smaku wyraźnie nakazuje, że te symboliczne przecież gesty są potrzebne, podobnie jak bezcenna realna pomoc Ukrainie.

Można też tak,  jak moja idolka Maria Sharapova, piękna i dumna Masza, będąc Rosjanką sprzeciwić się wojnie, być  zdruzgotaną krzywdą niewinnych ludzi, dzieci ,wspierać Ukrainę poprzez fundacje SAVE THE CHILDREN i nie bać się mówić o tym głośno.

Piękny obrazek miał miejsce kilka dni temu  podczas meczu dwóch Ukrainek w Indian Wells,  Marty Kostiuk i Maryny Zaniewskiej, dziewczyny dostały od publiczności brawa i owacje na stojąco, po  3 setowym meczu mocno i długo się przytulały.

Grałam kilka dni po rozpoczęciu wojny mecz ligowy z koleżanką z Ukrainy, też przed meczem ją przytuliłam, nawet się popłakałyśmy… Pytałam czy jest gotowa na mecz, czy chce i ma siłę grać, powiedziała, że tak, że teraz głównie tenis daje jej poczucie, że jest dobrze i normalnie, mimo, że większość czasu spędza na łączach z rodziną z Ukrainy i jest w permanentnym stresie.

Nie wiem jak potoczy się ta wojna, jakie finalnie zbierze żniwo tu i teraz i w przyszłości, jakie będą jej konsekwencje dla nas wszystkich. Jedno jest pewne, nawet jeżeli zapanuje pokój, nic już nie będzie takie samo, tragiczny ślad zła zostanie w nas wszystkich. Ten czas próby to dla nas czas na rozwój swoich postaw, charakteru, docenienia tego co mamy i jak dużo mamy. W czasie tej wojny  ważne jest to co możesz dać drugiemu człowiekowi, bezinteresownie, czasami wystarczy prosty gest wsparcia, a czasami musisz jasno i głośno  powiedzieć  SŁAWA UKRAJINI!, szczególnie jeśli jesteś idolem tłumów.

 Grajmy też w tenisa, to ogromny przywilej, że możemy to robić pod niebem, z którego nie spadają bomby.

Jak to powiedział ważny dla mnie człowiek, staraj się robić dobro w obrębie swoich 5 metrów, jeżeli każdy tego dopilnuje, świat będzie piękniejszy.


WIELKI MAŁY CZŁOWIEK

WIELKI MAŁY CZŁOWIEK 

Na kortach klubu Tennis&Country Club w Giebułtowie od soboty do poniedziałku ( 5-7 luty) toczył się HALOWY PUCHAR POLSKI. Impreza takiej rangi po raz pierwszy odbyła się na obiekcie stworzonym do tego typu wydarzeń. Infrastruktura, zaplecze, urok obiektu oraz gościnność właścicieli sprawiła, że te kilka dni pozostanie w pamięci zawodniczek, zawodników, trenerów, rodziców, klubowiczów, widzów na bardzo długo. To było fantastyczne wydarzenie!

Mało brakowało, a zabrakłoby mnie na nim. W czwartek złapała mnie niedyspozycja i bałam się, że do soboty się nie wykuruję, na szczęście się udało. Spędzałam w T&CC każdego dnia turnieju długie godziny na oglądaniu wspaniałych meczy zawodowców, na niekończących się rozmowach, na analizach, poznałam świetnych ludzi, z których kilku zostało bohaterami mojego felietonu.

Pierwszy zawodnik z którym udało mi się zupełnie przypadkowo porozmawiać to Maciek Matuszczyk z Krakowa. Zaczęliśmy, oglądając inny mecz, niezobowiązującą pogawędkę, a potem Maciek opowiedział więcej…, że ma trudny okres za sobą, że długo nie grał, że miał perturbacje osobiste, że nie ma specjalnych oczekiwań i cieszy się, że w pierwszej rundzie pokonał wyżej rozstawionego zawodnika. Maciek ma dłuższe włosy, nosi czapkę z daszkiem, jest leworęczny i gra urozmaicony, piękny dla oka tenis. Okazało się również, że Maciek jest wychowankiem Krzysia Sieniawskiego, pod okiem którego spędził kilka najważniejszych tenisowych lat. Krzysztof z dumą i wzruszeniem oglądał późniejsze mecze Maćka, który odpadł dopiero w rywalizacji z turniejową jedynką Marcelem Politowiczem. Pokazał mi zdjęcia jak Maciek na korcie był jeszcze dzieciakiem. Niesamowicie utalentowany zawodnik, którego kariera w pewnym momencie wyhamowała z przyczyn od niego zupełnie niezależnych. Dobrze widzieć Maćka w takiej formie, gra tenis, który świetnie się ogląda. Mocno za niego trzymam kciuki, poprawiaj daszek chłopaku i rób swoje!

Mecz, który oglądałam jako pierwszy to mecz pomiędzy Kacprem Szymkowiakiem( KKT WROCŁAW) a Wojtkiem Kasperskim ( WOJNAR TENNIS ACADEMY KRAKÓW). Kacper chyba najmłodszy na turnieju, również chłopak w czapce z daszkiem od razu skupił moją uwagę, energia rozrabiaki plus piękny tenis. W setach u panów było po jeden, o wygranej decydował super tie-break. Kacper ekspresyjnie szalał, gonił wynik i się złościł, przeciwnik zachowywał kamienną twarz i spokój. Wygrał Wojtek 11:9. Złapałam zawodników tuż po meczu na szybką rozmowę. Wojtek spokojny, grzeczny, ułożony, rzeczywiście taki jest i  to był  jego klucz do zwycięstwa w decydujących momentach. Za to żywiołowy Kacper, powiedział, że on z kolei jest taki, to jest jego charakter, jak wyrzuci z siebie złość, emocje, jak krzyknie, to schodzi z niego napięcie i lepiej gra, był sobą na korcie w 100%. Odpadł w pierwszej rundzie, za to w deblu z Mikołajem Lisem  doszli do finału, który się nie odbył, przeciwnicy Piotr Kusiewicz z  Marcelem Politowiczem  dali WO, z powodu kontuzji Marcela.

Parę słów o Marcelu Politowiczu( PT OLIMPIA POZNAŃ)  turniejowa jedynka, najwyżej rozstawiony zawodnik, z którym od razu poczułam chemię 😉, bo podobnie jak ja ma wadę wzroku i też  nie może nosić soczewek, gramy więc razem ja i on😉 w okularach, tylko, że Marcelowi to zupełnie nie przeszkadza😉.Marcel gra świetnie, jest niezwykle szybki, dynamiczny i kompletny w swoim tenisie. Niestety złapała go kontuzja pleców i w poniedziałek musiał poddać mecz półfinałowy w singlu i finałowy w deblu. Bardzo sympatyczny chłopak, rozmowny, otwarty. Prywatnie koleguje się z kolejnym moim bohaterem Piotrem Kusiewiczem, z którym tworzą parę deblową.

Piotr Kusiewicz ( WOJNAR TENNIS ACADEMY), jeden z najbardziej utalentowanych i znanych krakowskich zawodników. Chłopak na korcie to wirtuoz, jakby grał mimochodem, gra szybko, mocno, celnie, a dodatkowo jest w tym artyzm, dopieszczenie każdego zagrania. Jego tenis  komponuje się z dredami, które nosi  i łagodnym uśmiechem, Piotr uśmiecha się oczami. Grał po kilkumiesięcznej kontuzji.

Piotrek ma  fantastycznych rodziców, z którymi na trybunach spędziłam bardzo miło czas gawędząc głównie o tenisie. Perspektywa rodziców zawodnika daje zupełnie inne spojrzenie na zawodowy tenis. Logistyka, poświęcenie, pieniądze, system szkoleń, dostępność obiektów, trenerów, sparing partnerów, jest tyle składowych , które trzeba pospinać, żeby potem oglądać na korcie taki dobry tenis. Ogromny szacunek dla rodziców Piotra, robią kawał dobrej roboty.

Ale żeby nie było tylko milutko, to w  sobotę podczas meczu pomiędzy Viktorem Blomem a Bartłomiejem Andrzejczakiem doszło do spięcia. Najpierw panowie nie mogli się dogadać co do wyniku w drugim secie, wydawało się, że się dogadali i przeszli do tie-breaka, ale …po jednej z wymian według jednego z zawodników pękła piłka, tylko, że pokazał kilka piłek i to nie od razu po akcji, tylko długo po kiedy  przeciwnik zagrał winnera. Bartłomiej chciał powtarzać piłkę, bo tak jest regulaminowo, a Victor się nie zgadzał, bo według niego nie było związku między wygraną akcją, a późniejszym pęknięciem piłki. Zrobiło się nieprzyjemnie, na kort została wezwana pani sędzia i zarządziła, że nie ma powtórki punktu, bo piłka nie pękła bezpośrednio podczas uderzenia. Bartłomiej nie przyjmował decyzji pani sędzi, młodszy Viktor bardzo się zdenerwował, że już wcześniej podczas drugiego seta przeciwnik  wymusił błędny wynik, a teraz próbuje odebrać mu prawidłowo zdobyty punkt. W końcu mecz wznowiono, zgodnie z decyzją pani sędzi. Trybuny wyczuły naciąganie i fałsz w całej tej sytuacji i odtąd kibicowały Viktorowi , który mecz wygrał.

Po meczu pogratulowałam młodemu, chciałam też pogratulować Bartłomiejowi, bo poza tym incydentem panowie zagrali świetny mecz, ale Bartek myślał, że jestem mamą Viktora😉Na szczęście podaliśmy sobie ręce.

Męski poniedziałkowy półfinał ( z powodu WO Marcela, drugi mecz półfinałowy skończył się przy stanie 2:4) i finał to prawdziwa uczta dla kibiców, w obydwu meczach o końcowym wyniku decydował super tie-break. Wygranym i bohaterem obydwu meczy był Juliusz Bienkiewicz (UKS SPORT KLUB WROCŁAW) . W meczu półfinałowym z Mikołajem Lisem przegrał pierwszego seta, drugiego wygrał w tie-breaku , do końca trzymając widzów w napięciu, żeby w decydującym trzecim szybkim secie wygrać zdecydowanie 10:5.

Finał z Karolem Filarem zaczął bardzo pewnie i dynamicznie, dominując wyraźnie rywala, ale w drugim secie to Karol zaprezentował się lepiej i zasłużenie wygrał. O zwycięstwie w turnieju decydował znowu super tie-break, wygrał Julek 10:7, w najważniejszych momentach świetnie serwował i zachowywał koncentracje. Juliusz ma świetnego trenera, spokojnego, kompetentnego, cały czas dopingował i wzmacniał z trybun swojego zawodnika, analizował błędy, po to, żeby wyciągać z nich wnioski. Duża osobowość, widać w tej relacji zawodnik/trener fajne, niewymuszone  porozumienie i szacunek.  Panowie mają też  swoje tajne kody porozumiewania się, ale tego nie pozwolili mi zdradzić, przynajmniej na razie😉

Na deser zostawiłam dziewczyny, bo tak jak wygrana faworytki, najwyżej rozstawionej Aleksandry Wierzbowskiej zaskoczeniem być nie może, tak to jak potoczył się cały turniej dla Wiktorii Saskiej to jednak fantastyczna niespodzianka. Obydwie Panie trenują w T&CC w Giebułtowie, reprezentują KS DRAGON TENNIS TEAM PRO  i obydwie spotkały się w finale!

Wiktoria miała bardzo ciężki drugi turniejowy mecz w piątek, nie wiadomo było czy po pierwszym przegranym secie da radę kontynuować grę z powodu dotkliwych skurczów, potrzebna była pomoc fizjoterapeuty. Udało się zawodniczkę postawić na nogi, Wiktoria wygrała drugiego seta i super tie-break przy ogromnym aplauzie zgromadzonej publiczności. Rozmawiałam z Wiktorią w niedzielę, była zmęczona i bardzo szczęśliwa, a jeszcze wtedy nie wiedziała, że po dwóch następnych wygranych meczach znajdzie się w finale ze swoją klubową koleżanką Olą Wierzbowską. Wiktoria jest delikatna, eteryczna, ale na korcie potrafi uwolnić w sobie prawdziwego tygrysa😉

Poniedziałkowy finał Oli i Wiktorii dla klubowiczów, trenerów, bliskich  to było wspaniałe doświadczenie i radość, że Dziewczyny gospodynie tak świetnie zagrały, dochodząc do finałów Pucharu zarówno w singlu  jak i deblu. Sztab szkoleniowy( Kasia Strączy, Kuba Migas)  i zawodniczki powinni być bardzo dumni. My klubowicze jesteśmy.

Te trzy dni podczas Halowego Pucharu Polski miały wielu bohaterów, każdy z nich ma swoją historię, każdy z czymś się zmaga, czegoś się boi, wstydzi, każdy jest wyjątkowy.

W  tenisie z kortu tylko jedna strona  schodzi zwycięska, oni to akceptują. 

 Patrzyłam na tych zawodowców na korcie, potem w kuluarach, przy wspólnych posiłkach, jedni się lubią mniej, drudzy bardziej, ale mecz kończą na korcie, potem idą dalej. Dużo my amatorzy możemy się od nich nauczyć, w kwestii sędziowania, w kwestii kultury na korcie czy wreszcie w kwestii wzajemnego szacunku, bo grać jak oni nie mamy szans. Cenna lekcja.

Oni też wiedzą, że w ich wieku Nadal miał już parę tytułów, wiedzą, że świat nie czeka, że każdego dnia przybywają na całym globie miliony dzieciaków grających w tenisa. Oni to wiedzą …, a jednak zaciskają zęby grając kolejne mistrzostwa, zdobywając mozolnie kolejne punkty do  rankingu w ITF i wierzą, że kiedyś będą na szczycie…

WIELCY MŁODZI LUDZIE.


KOSMITA NA TRONIE

KOSMITA NA TRONIE

Zrobił to! Rafael Nadal wygrał dwadzieścia jeden razy Wielkiego Szlema, jest to najlepszy wynik w historii tenisa. Rafa wszedł na podium lidera, zostawiając w tyle za sobą Rogera Federera i Novaka Djokovica. Jest na tronie, rządzi! 

To, że Nadal jest w gronie najwybitniejszych tenisistów wszech czasów wiemy od lat, oglądamy jego epickie mecze, podziwiamy kunszt, atletyczną budowę, wytrzymałość i waleczność. I to  właśnie waleczność i wiara w końcowy sukces zaprowadziły  Rafę w sobotnią noc w Australii do wygranej.

 Kto oglądał ten wspaniały finał, ten wie, że po dwóch pierwszych setach przegranych przez Nadala praktycznie nikt nie wierzył, że Rafa może to wygrać, nawet wiara w to, że wygra przynajmniej seta była z cyklu tych, że całe lato nad morzem w Polsce będzie ciepłe i słoneczne.

Ale była przynajmniej jedna osoba, która w to wierzyła, tak się złożyło, że była też wtedy na korcie Rod Laver Arena w Melbourne😉i w trzecim secie posłała w trudnym momencie wygrywającą piłkę po linii, żeby potem wyserwować na zwycięstwo w secie. To był on, Rafael Nadal, który wierzył, że póki jest w grze może to wygrać. 

To był moment zwrotny tego finału, minęły ponad trzy godziny gry, Daniil Medvedev mógł  wygrać gładko w trzech setach, zabrakło mu kilku piłek, żeby to zrobić,  przegrał w trzecim i zgasł. Za to król Nadal odżył, do zwycięstwa potrzebne były mu jeszcze dwa sety, drugiego również wygrał i wtedy stało się realnym faktem to, że tytuł ma w zasięgu ręki.

 Medvedev nie położył się na tacy, miał trochę problemów z nogą, pojawiło się więcej błędów, publiczność była przeciwko niemu, ale walczył na korcie do końca, na finałowy set Rafa serwował dwa razy i  udało mu się to zrobić dopiero za drugim razem, wygrał po prawie pięciu i pół  godzinach  gry. Totalna euforia i wzruszenie zapanowały w Australii na korcie, na trybunach, ale też na całym świecie przed milionami ekranów. 

Rafael Nadal ma 35 lat, we wrześniu przeszedł operację stopy, do Australii jechał jak zawsze zagrać swój najlepszy tenis i walczyć do ostatniej piłki. Rodzina i sztab trenerski Nadala podkreślają od dawna, że jest wielu świetnie grających w tenisa zawodników, młodszych, o lepszych parametrach i predyspozycjach, ale nie ma drugiego tak walecznego tenisisty jak Rafa. W jego przypadku to nie są jakieś puste slogany, on naprawdę nigdy się nie poddaje, jest inspiracją dla milionów sportowców i zwykłych ludzi. Jego slaby angielski jest uroczy, jego mimika, z pozoru groźna, skupienie podczas meczy, rytuały, energiczne podskoki no i piękny,  szeroki uśmiech z  zawadiacko zmrużonymi oczami. W Nadalu jest jakaś prawda,  są hektolitry wylanego potu i miliony godzin treningów, ale widząc te jego drobne ludzkie gesty widzę w nim człowieka, nawet jeżeli naznaczonego kosmicznym talentem, to jednak człowieka.

Na naszym lokalnym amatorskim tenisowym  podwórku też trochę się dzieje. W miniony weekend moja serdeczna koleżanka#teammarysia, znakomita tenisistka wróciła na tron, wygrywając mocno obsadzony turniej.

Ja na sinusoidzie, aktualnie w fazie spadkowej. Dwa tygodnie temu, zagrałam prawie jak Nadal 😉 długi wyczerpujący mecz ligowy, który w drugim secie przegrywałam 3:5 i było  40:0 dla przeciwniczki …doprowadziłam do super tie-breaka, który wygrałam 14;12…, cały drugi set trwał prawie godzinę i czterdzieści minut. Po tym wygranym meczu pomyślałam sobie, ze teraz to już mogę w tenisie wszystko😉.

Tydzień temu na turnieju okazało się, że nie mogę nic…Grałam przeciwko koleżance, która zagrała o kilka prędkości i klas szybciej i lepiej, po kilkunastu minutach było 0:4, nie istniałam na korcie. Sety były do 4, więc po tym nokaucie poddałam mecz, jedyne co chciałam to uciec do szatni i się rozpłakać. Malo profesjonalne, ale tak zrobiłam, byłam bezradna. Efekt tego był  taki, że znowu wchodziłam na kort ze zgarbionymi plecami, straciłam wiarę i oceniałam bardzo krytycznie swoje umiejętności.

 Na szczęście mam świetnego trenera i znajomych. Trener mnie skarcił za to, że się poddałam i nie sprobowałam czegoś zmienić w drugim secie, ale też zna mnie, więc zrozumiał mechanizm ucieczki. W ramach zaleceń polecił zobaczyć mecz półfinałowy Igi Swiątek z Danielle Collins, w którym prędkość gry i precyzja Collins znokautowały Świątek, niewiele mogła zrobić, ale z kortu nie zeszła. Drugie zalecenie to zagrać mecz sparingowy z bardzo dobrze grającą przeciwniczką i zagrać go na 100%, tak, żeby znowu uwierzyć, że potrafię. Najważniejszy przekaz trenera jest taki, że różne mecze się zdarzają, że jeszcze nie raz trafię na kogoś, kogo piłki będę odprowadzała wzrokiem i że to nie jest powód, żeby rzucać tenisa, co chciałam po zeszłej sobocie zrobić 😉

Ze znajomymi zgrałam w zeszłym tygodniu świetnego  towarzyskiego miksta, dzięki temu znowu uwierzyłam, że umiem i że nawet zdarza mi się zagrać pięknego stop woleja😉.

Chciałabym być kosmitą jak Rafa, chciałabym mieć ten gen pewności, żeby przestać kurczyć się w sobie, żeby nie wstydzić się jak mi na korcie nie idzie, żeby poprawić sukienkę i w podskokach wbiec na kort i walczyć jak lwica o każdą piłkę, żeby nie uciec już nigdy do szatni i w niej z bezsilności nie płakać…

Nadal w sobotę pokazał całemu światu, że wszystko jest możliwe, a mi osobiście w tym moim dołku podał pomocną, ciepłą dłoń, opaloną słońcem Majorki, chwytam się jej pewnie i jestem znowu gotowa.