TENIS W UZDROWISKU

TENIS W UZDROWISKU

O obozach tenisowych Szkoły Tenisa Intertenis w Bardejovskich Kupelach od lat krążyły w Krakowie legendy.

Na samo hasło Bardejovskie Kupele na twarzach znanych mi tenisistek i tenisistów pojawiał się rozmarzony, nostalgiczny uśmiech. Zaciekawiona, zaintrygowana dopytywałam, odpowiadali enigmatycznie, że jest tam wyjątkowo i po prostu, żeby to zrozumieć, trzeba tam być. Trzeba poczuć moc i ducha Kupeli.

Pandemia nie pozwoliła nam pojechać tam wcześniej, ale wreszcie w czerwcu tego roku się udało.

Bardejovskie Kupele to bardzo znane i popularne uzdrowisko na Słowacji, leży u podnóża góry Magura, panuje tu specyficzny, korzystny dla zdrowia klimat. Jest tu siedem źródeł wody mineralnej  na różnego rodzaju schorzenia i dolegliwości oraz najstarszy na Słowacji skansen.

Historycznie uzdrowisko odwiedzali między innymi żona cesarza Franciszka, znana jako Elżbieta Bawarska vel Sisi, żona cesarza Napoleona, Maria Luiza czy car Rosji.  Jest też obiekt sportowy z sześcioma znakomitymi kortami ziemnymi, na których będziemy trenować. I jest kultowa Magnolia, w której się tańczy do słowackich hitów.

To garść faktów, kiedy jednak wjeżdżasz do Bardejovskich Kupeli po raz pierwszy, od razu czujesz, że czas się zatrzymał…

Jest tak jak w latach 90-tych w Polsce, specyficzny architektoniczny miks, z jednej strony uzdrowiska w austriacko-węgierskim stylu, z drugiej strony blaszaki, z zardzewiałymi balustradami, betonowe, nieładne. Dużo zieleni, ławki, pijalnia wód, restauracje z ceratami na stołach, bez nowoczesnego designu, cukiernie z ciastkami jakie pamiętam z podstawówki. Po pierwszym szoku, niedowierzaniu, że są jeszcze takie miejsca, zaczynasz wpadać w klimat. Okazuje się, że to jest urocze, z każdą godziną pobytu odnajdujesz spokój i pewność, że w życiu za bardzo przyzwyczajamy się do wygody, że detale i atuty przesłaniają nam całą kwintesencję prawdziwego piękna. Bo piękno można odnaleźć siedząc o pół nocy na betonowym tarasie, po grze w kręgle, zatracając się w nocnych Polaków rozmowach. Piękno to owsianka dana z sympatii na śniadanie, taniec w Magnolii do  Hallelujah ze Shreka, to leniwe, romantyczne popołudnie na ogrodowej huśtawce, to wreszcie spalone słońcem korty ziemne, a w ich tle cerkiew.

Magia miejsca pozwala znaleść duże wyciszenie, moc uzdrowiska zaczyna działać, ale jesteśmy przecież przede wszystkim na obozie tenisowym.

Trenujemy od pierwszego dnia pobytu. Marek Molenda z trenerami Krzysiem i Słowakiem Lubo przydzielają nas do grup, zgodnie z naszym poziomem gry, trenujemy codziennie po dwie godziny, po południu szkolne gierki czyli sparingi, dodatkowo turniej deblowy i turniej na zakończenie obozu. Jesteśmy minumum cztery godziny na korcie każdego dnia, my adepci, bo trenerzy robią nadgodziny. Metody treningowe Marka i ekipy są przejrzyste i konkretne, maksimum wiedzy, ćwiczeń oraz wizualnych afirmacji, jakie można przekazać w tak krótkim czasie. Duża koncentracja, dbanie o szczegóły, praca metodyczna , rozgrzewka to znaki firmowe Szkoły Tenisa Intertenis. Ja osobiście mocno pracuję nad zmianą forhendu od kilku tygodni, zajęcia  z trenerami na obozie pokazały mi detale, o których muszę pamiętać. Przemówiły do mnie metaforyczne porównania o tym jak głaskać psa czy też rzucać legendarne kaczki kamieniem na wodę czyli w skrócie  jak puszczać luźno rękę i jak ustawiać nadgarstek przy forhendzie😉

Zajęcia serwisowe z Markiem w czapkach maga przechodzą do legendy😉

Okazuje się w teorii to takie proste, ściągnąć czapkę, muskając ją rakietą ,nic więcej😉

Te kilka dni na kortach dla każdego z nas, czy to początkującego czy pro czy zaawansowanego były wspaniałe. Sama gra, adrenalina, gorące słońce, nogi brudne z mączki, bolące ciała, pot, walka to jest coś co kochamy w tym sporcie. Nawet po kilku godzinach snu, niektórzy lekko spóźnieni 😉stawialiśmy się na naszych zajęciach, głodni wiedzy, pokorni, czasem buńczuczni, ale zawsze otwarci na zmiany naszych map mentalnych 😉

Czy to Bardejovskie Kupele czy Starachowice czy Będzin😉z właściwymi ludźmi wszędzie jest znakomicie.

Pasja do tenisa generuje ciąg świetnych zdarzeń, poznajemy cały czas ciekawych, nowych ludzi, na kortach jesteśmy często rywalami, ale wieczorem wspólnie się śmiejemy przy dobrym regenerującym piwie. Okazuje się, że nie ma wtedy granic, nie ma znaczenia czy dopiero zaczynasz grać czy już jesteś starym wyjadaczem, kochasz tenisa i to wystarczy, żeby być w grupie takich samych jak Ty pasjonatów.

Jest wielu bardzo dobrych trenerów tenisa, ale osobowość w tym fachu wciąż jest na wagę złota.

Marek Molenda to ma, jest kompletny, prawdziwy, skraca dystans , ale zachowujemy do niego ogromny respekt, niektórzy nawet, ci jego najbliżsi są z nim na pan😉

To były cudowne dni,  jestem w grupie tych szczęśliwców, którzy byli, zobaczyli i przeżyli Bardejovskie Kupele.  Na zawsze zostaną w mojej pamięci,  mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

To ja mogę teraz z rozmarzeniem na twarzy opowiadać innym o tych tenisowych obozach.

Dziękuję trenerom, koleżankom i kolegom  za świetny czas razem!

Kto jeszcze nie był, koniecznie musi pojechać i poczuć kojący klimat uzdrowiska, tego nie oddadzą żadne słowa, tam trzeba być.


BO TENIS TO PASJA DO ŻYCIA

BO TENIS TO PASJA DO ŻYCIA!

 Mamy pierwszy dzień Nowego Roku, jestem po uroczej nocy sylwestrowej w gronie znajomych, po intensywnym noworocznym spacerze, bez kaca😉 za to z głową pełną przemyśleń o tym jaki był ten poprzedni rok i jaki będzie następny. Daty symboliczne, graniczne to zwykle czas podsumowań, statystyk, rozliczeń, czasem  gorzkich , czasem euforycznych, zwykle zależy to od tego jak ten odchodzący rok przeżyliśmy i czego doświadczyliśmy, na co się odważyliśmy. Cokolwiek to było, jeżeli robiliśmy to z pasją, bez względu na efekt końcowy, zawsze będziemy cenić takie momenty i dobrze je wspominać.

Jak to był rok dla polskiego tenisa? „Not too bad” jak mawia Novak Djokovic, opowiadając skromnie o swoich osiągnięciach😉

Iga Swiątek dotarła do czwartych rund wszystkich Wielkich Szlemów, wygrała  dwa prestiżowe turnieje WTA 500 w Adelajdzie, bez straty seta i w Rzymie, triumfując ze swoim idolem Rafą Nadalem, który wygrał wśród panów.

 Hubert Hurkacz ograł Federera i dotarł do półfinału Wimbledonu, zwyciężył jako pierwszy Polak w historii turniej ATP 1000, w Miami. Oboje znaleźli się w kończących  rok rozgrywkach Masters dla najlepszych tenisistek i tenisistów roku. Świetne statystyki, ale oprócz tego widać u Igi i Huberta pasję, zaangażowanie, nie wstydzą się zmagania ze słabościami, bo wiedzą, że to jest wpisane w życie sportowca. Błędy są dopuszczalne, nikt nie jest doskonały, nie można tylko wybaczyć sobie zaniedbań, bylejakości, fałszu. Dopóki w tym co robimy jest prawda, zawsze zwyciężamy. Czekam z niecierpliwością na pierwsze tenisowe turnieje w 2022 i trzymam mocno kciuki za naszych tenisistów, żeby realizowali swoje marzenia, ciesząc nas widzów swoją piękną grą.

 Mijający rok 2021  był dla mnie zupełnie przełomowy, odważyłam się z pasji do tenisa i pisania, założyć tenisowego bloga, napisałam 36 felietonów, zrobiłam 5 rozmów, wywiadów z moimi gośćmi, zorganizowałam 3 duże turnieje tenisowe. Po latach pracy w korporacji postawiłam na to co kocham robić, co mi w duszy gra, co przenika  każdym centymetr mojego ciała. Robię wreszcie to co lubię, z ogromną satysfakcją, lekkością i radością. Uwielbiam ten moment kiedy z filiżanką herbaty siadam przed klawiaturą laptopa i słowa się piszą😉, płyną, próbując nadążyć za myślami. Ekscytuję się ogromnie, kiedy rodzi się koncepcja na turniej, jego nazwa, formuła, gadżety, które chcę zrobić dla uczestników i potem kiedy rusza machina przygotowań i dbania o detale. 

Rozmowy z moimi gośćmi przyniosły mi zaskakującą dla mnie samej  spontaniczną energię medialnego naturszczyka, który się całkiem nieźle w tej formule odnalazł😉.

Przez ten rok bycia tenisową blogerką poznałam wspaniałych ludzi, rozkręciliśmy wspólnie nasz amatorski tenis, lubimy się, inspirujemy i świetnie się razem bawimy.

Czy się tego spodziewałam rok temu ? Nie zakładałam szczegółowej  strategii rozwoju, poza główną wizją czego chcę i jak to ma wyglądać w zarysie ogólnym. Każde nowe pomysły na które wpadałam wdrażałam spontanicznie w działanie, nawet jeżeli zdarzały się drobne potknięcia to efekt końcowy mnie bardzo pozytywnie zaskoczył.

 Dziękuję Wam wszystkim, moim czytelnikom, widzom, tenisowym znajomym i nieznajomym.

 Jeżeli dzięki mnie, moim felietonom, pomysłom, wywiadom, imprezom chociaż raz się uśmiechnęliście, poczuliście się szczęśliwi, zmotywowani, wzruszeni, rozbawieni, zaintrygowani, poruszeni, zarażeni pasją, jednym słowem nie pozostaliście obojętni, to to jest dla mnie największa nagroda i sens tego co robię! 

A plany na 2022? Wolę  realizować swoje marzenia i działać niż analitycznie planować, ale obiecuję będę dalej robić to co kocham. Prawie wszystko co kocham ma związek z tenisem. Jestem szczęściarą, bo powoli te moje puzzle zawodowej ścieżki układają się w czarujący obraz, pełen słońca, pastelowych kolorów, gdzie nie ma szarości i nic nie jest czarno -białe. Podążam właściwą ścieżką.

Życzę nam wszystkim wspaniałego Nowego Roku, pełnego PASJI we wszystkim co robimy!


ZIELONA GÓRA BEZ KANKANA

ZIELONA GÓRA BEZ KANKANA 

Zielona Góra, Grünberg albo Zelena Hora czy też po prostu Winny Gród został na dwa mroźne grudniowe dni stolicą polsko-czeskiego tenisa.

Zaczęło się niewinnie, kolega podesłał na wspólną grupę tenisową linka do turnieju Polska -Czechy. Nasze tenisowe towarzystwo zareagowało raczej bez entuzjazmu, a że za daleko, a że kto tam w sumie gra😉Mnie się pomysł od razu spodobał, namówiłam koleżankę i tak utworzyła się pięcioosobowa grupa wyjazdowa. Kierownikiem wycieczki został Włodek, wice koordynatorem Tomek. Panowie zadbali o wszystkie detale, bilety, transport, hotel. My z Marysia  i Agnieszką miałyśmy się stawić w piątek na dworcu Kraków Główny, o godzinie 10:06 punktualnie wyruszyliśmy ku fantastycznej przygodzie.

Już w pociągu poczułam się jak na wycieczce szkolnej, z najbardziej lubianym  nauczycielem czyli panem od wf😉Włodek przeszedł samego siebie, dla każdego z nas przygotował pyszne kanapki, kupił  drożdżówki, soki i koktajle, zabawiał nas uroczymi opowieściami nie tylko o tenisie.

Zaopiekowani, dopieszczeni i zrelaksowani dotarliśmy punktualnie do Zielonej Góry. Szybkie zakwaterowanie  w cudownym, zabytkowym hotelu Retro i start do Centrum Rekreacyjno-Sportowego na główną atrakcję wyjazdu, towarzyski mecz tenisowy Polska-Czechy.

Wstyd się przyznać, ale to był mój pierwszy zawodowy turniej tenisa, który oglądałam na żywo z trybun. Wrażenie jest niesamowite! Miejsca mieliśmy bardzo dobre, doskonale widzieliśmy zawodników, szybkość piłki i wszystkie detale.

 Na turnieju mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zagrał z powodu kontuzji Łukasz Kubot, a ze strony czeskiej zabrakło Petry Kvitovej i Markety Vondrousovej. Ci co grali nie rozczarowali mimo, że Polska przegrała 2:4. Z meczy gry pojedyńczej obejrzeliśmy mecze Kasi Kawy z Kateriną Siniakovą, Magdy Fręch z Terezą Martincovą, Kamila Majchrzaka z Jirim Veseley i Jerzego Janowicza z Jirim Lehecką. 

Tylko powracający po długiej przerwie Jerzy Janowicz wygrał swój mecz i grał świetnie. To był taki mecz, który chce się i trzeba zobaczyć na żywo. Jerzy Janowicz jest stworzony do grania przy aplauzie trybun, synchronizacja dopingu kibiców z jego asami serwisowymi i zwycięskimi akcjami zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Hasło kibiców : JUREK ŁADUJ!!! na stałe powinno znaleźć się w arsenale przyśpiewek tenisowych. Jurek posłuchał widzów i ładował tak, że wygrał, porywając nas wszystkich do nagrodzenia jego gry owacją na stojąco. Znakomity powrót!

Szkoda  przegranego meczu Magdy Fręch tylko dwoma piłkami w super tie-breaku, Magda zaprezentowała się bardzo dobrze i w meczu z Terezą była na pewno zawodniczką lepszą.

Katarzyna Kawa i Kamil Majchrzak zagrali troszkę bez błysku.

Mecze deblowe to były dwa światy. Męski zespól Szymon Walków z Janem Zielińskim grali świetny deblowy mecz, raz po  raz racząc publikę widowiskowymi zagraniami. Panowie są dobrze zgrani i się uzupełniają, w miarę pewnie pokonali parę czeską Veseley/Lichecka. Damski debel niestety rozczarował, duet Rosolska/Kawa grał o dwie tenisowe klasy niżej niż wielokrotna mistrzyni wielkoszlemowa Katerina Siniakova w parze z Martincovą i to nie tylko dlatego, że był to mecz o przysłowiową pietruszkę. Nie zepsuło to jednak mojego finalnego wrażenia i oceny tej dwudniowej tenisowej przygody. 

Na hali czuć było w każdym centymetrze tego miejsca, że rządzi tenis. W kuluarach spotkałyśmy eleganckiego Łukasza Kubota, z którym troszkę porozmawiałyśmy i obowiązkowo zrobiłyśmy sobie zdjęcie, a że z Łukaszem już się  kiedyś spotkaliśmy w Krakowie, to kolejne nasze spotkanie  to już obowiązkowo wywiad😉I mimo, że Łukasz Kubot nie zatańczył na korcie zwycięskiego kankana, to swoją obecnością podniósł zdecydowanie prestiż imprezy. I ile radości sprawił niektórym😉, a mi nawet  chciał oddać swoje oczy  w zamian za moje podpuchnięte 😉

Spotkaliśmy też Karola i Paulinę z fanklubu Agnieszki Radwańskiej oraz trenera Kubę z krakowskiego klubu Fame.

Spędziliśmy świetny czas w Zielonej Górze! W piątek zjedliśmy pyszną kolację w naszym hotelu Retro, z wypiekami na twarzach, przy dobrym winie rozmawialiśmy do północy, ekscytując się naszą tenisową pasją, ale też poruszaliśmy dużo  innych tematów, trudnych, lekkich i przyjemnych ,urodziły się wspólne pomysły, które już po Nowym Roku będziemy wcielać w życie.

 W sobotę Marysia z Chłopakami o świcie zwiedzali Zieloną Górę, my z Agnieszką zdecydowanie wolałyśmy pospać.

Aga z Włodkiem zostali do niedzieli, żeby podelektować się czasem ze sobą i odkryć uroki miasta,  a my kierunek  pociąg niebylejaki 😉 A jednak troszkę nas ten pociąg z Berlina zaskoczył, dużym opóźnieniem, zimnym wagonem, ale za to z panem konduktorem o pięknych oczach😉i co najważniejsze byliśmy razem w znakomitym towarzystwie, więc drobne niedogodności nam nie przeszkadzały.

 Najfajniejsze rzeczy zawsze dzieją się w życiu mimochodem, od lat tak się nie śmiałam, do łez i bólu przepony, ta podróż powrotna będzie niezapomniana.

Winny Gród dostarczył mi nie tylko tenisowych wrażeń.

Kolaże, miraże, hulajnogi, wino, kankan i tenis niech nam zawsze towarzyszą! 

Marysia, Aga, Tomek i Pan Kierownik Wycieczki Włodziu dziękuję!!! 


ŁATWOPALNA

ŁATWOPALNA

Oglądałam mecz Igi Swiątek z Marią Sakkari w Guadalajarze, był kiepski w wykonaniu Igi, ale takie mecze się zdarzają. Końcówka  tego meczu została zauważona i szczegółowo omówiona przez media, ekspertów i fanów tenisa. Iga w trakcie ostatniego gema meczu, podczas serwisu Marii odwróciła się tyłem, biła rakietą w ścianę i zaczęła płakać, bezradnie, smutno szlochała, nie reagując na upomnienia sędziego. Mecz po dwóch punktach został przez Sakkari zwycięsko zakończony. Maria przytuliła ciepło płaczącą Igę, w umiarkowany sposób ciesząc się z wygranej.

Potem Iga dokładnie  opisała swoje złe samopoczucie tego dnia spowodowane zespołem napięcia przedmiesiączkowego, tłumacząc się tym samym ze swojej gry i emocjonalnych reakcji. Tego od niej oczekiwano…, jakiegoś uzasadnienia …

 

Żyjemy w takim świecie, że pokazanie słabości, łez jest odbierane źle, niepoważnie, nieprofesjonalnie. Ze smutnej twarzy bądź spontanicznej reakcji trzeba się gęsto tłumaczyć.

Mamy być maszynami do wykonywania określonych zadań. Topowi tenisiści mają wygrywać z zimną krwią, miażdżyć bezwzględnie przeciwników. A potem w mediach społecznościowych pokazywać kolorowy, bajeczny, uśmiechnięty świat luksusu i sukcesów. Bez żadnych rys, bez słabych punktów. A gdzieś między wierszami toczą się ludzkie mniejsze lub większe dramaty …nie możesz ich publicznie  pokazać, jak chcesz być w tej grze.Iga miała wygrać, a na pewno nie miała prawa płakać…

Ostatnie miesiące nie są dla mnie łatwe, zawiodłam się ogromnie na człowieku, który był dla mnie ważny. Nie mogę wyjść z odrętwienia, rozczarowania, męczę się, jestem smutna, czasem płaczę i tak wiem nie powinnam o tym pisać ani absolutnie tego pokazywać. A jednak zdobywam się na prawdę o sobie.

Tak  jak rok temu, 29 grudnia minie rok, jak się odważyłam i założyłam bloga, żeby pisać o tenisie, wrzucać zdjęcia tenisowych stylizacji, robić tenisowe  gadżety, turnieje i rozmowy z pasjonatami tenisa, podobnie teraz nie umiem lukrować rzeczywistości, skoro ma gorzki smak.

Nie wiem co poza PMS wydarzyło się w życiu Igi Swiątek, że płakała, co dzieje się z innymi tenisistami, których reakcje, zachowania oceniane są  jako dziwne, wstydliwe i nieprofesjonalne, ale się z nimi bardzo solidaryzuje.

Pewnie, że prościej jest być w życiu twardym, bezwzględnym, pozbawionym uczuć, wrażliwości i  empatii, ale to jednak my wrażliwi idealiści nakręcamy ten świat. Przyjmując raz po raz cięgi na korcie i w życiu, dalej lecimy do ognia jak ćmy, żeby choć  przez chwilę czuć, bo wiemy, że tylko to ma sens i smak.

W tej słabości jest jednak siła, odwaga i pasja. Po ciemnej, smutnej zimie, przychodzi wiosna, blizny się goją, a serce nieśmiało zaczyna bić na nowo, oddech się uspokaja, łzy wysychają, a skrzydła się sklejają. Do wiosny jeszcze pare miesięcy, pewnie nie będzie łatwo, ale na szczęście jest tenis, który daje mi ogromną radość.  Na pewno najbliższe ligowe miesiące dostarczą mi wielu wrażeń na korcie i tematów do felietonów. I są wspaniali ludzie, którzy mnie otaczają, wspierają i kibicują mojej pasji. Wiosna przyjdzie…

Jestem w klubie łatwopalnych, nie wstydzę  się tego i wiem, że w tym klubie jest nas całkiem sporo, jestem w dobrym towarzystwie.


LIGOWE REMINESCENCJE

LIGOWE  REMINESCENCJE

Sezon ligowy wiosna/lata 2021 dobiega końca, trwają jeszcze play offy i potem faza finałowa w ostatniej z lig do której się zapisałam. Ligi było trzy… nadszedł czas na ich podsumowanie.

Reminescencja jest wspomnieniem, refleksją, bazuje na uporządkowaniu pewnych informacji. Mamy tendencje wspominając pewne zdarzenia do ich emocjonalnego nasycenia, ale  wspominamy lepiej zdarzenia  pozytywne lub neutralne, zapominając o tych negatywnych.

Podsumowanie będzie optymistyczne, tenis to w końcu moja pasja, dająca mi ogromną radość😊.

Celem sezonu wiosna/lato było dla mnie rozegranie jak największej liczby meczy ligowych, udało się rozegrać 38 meczy, 16 w lidze w T&CC, 9 w Smart Lidze i 13 w Relaksmisjii. Siedem wygranych meczy, a więc  bilans na plus osiągnęłam tylko w tej ostatniej i od niej zacznę swoje podsumowanie.

RELAKSMISJA TENNIS LEAUGE

To był mój pierwszy raz 😉, pierwszy sezon w tej lidze. Zapisałam się z lekką nieśmiałością, renoma, wieloletnie doświadczenie w rozgrywkach i poziom tenisistów wzbudzały mój szacunek i onieśmielały.

Pierwsze mecze pokazały, że niepotrzebnie, aż tak się stresowałam😉.Poziom grupowy rywalek w większości był bardzo dobrze dobrany, meczy bez gry właściwie nie było, za to było wiele wyrównanych i zaciętych pojedynków. Ogromne i bezcenne doświadczenie. Wygrałam mecz przegrany, przegrałam wygrany, o mały włos, gdyby udało mi się rozegrać ostatni mecz, albo nie przegrać przedostatniego😉grałabym w fazie play off, a to już byłby ogromny sukces.

Organizacja około ligowa bardzo dobra, świetni i kompetentni  ludzie pracujący w recepcjach klubowych, zorientowani, pomocni. Komunikacja informacyjna o istotnych sprawach dotyczących ligii również wzorowa.Nagrody specjalne i wyróżnienia dla najbardziej aktywnych zawodniczek. No i faza play off i finałowa zorganizowana na wysokim poziomie. Oglądam sobie właśnie transmisję live z meczy, wyniki z innych kortów można śledzić on line, po finałach będzie jak co roku kończąca ligę impreza. 

Naprawdę profesjonalnie zorganizowany projekt, już od lat, cieszę się, że się odważyłam i dołączyłam do ligowiczów Relaksmisji. Jeszcze nie podjęłam decyzji czy zapisać się na sezon zimowy czy dopiero wiosna lato. Z przyczyn logistycznych i dostępności kortów może być mi trochę trudniej z płynnym rozgrywaniem meczy w zimie.

 

Czy coś bym zmieniła? Ciesze się , że będą sędziowie na fazie finałowej, tak miało być w mojej lidze idealnej 😉

Zmieniłabym jedynie punktacje za mecze, jak wygrywasz w dwóch setach masz 4 pkt, przegrany 1 pkt., a jak w trzech wygrywasz  to 3 pkt.,  a przegrany 2 pkt. Finalnie wygrana w dwóch czy trzech setach to wygrana, często ta w trzech dużo bardziej wartościowa. Lepsza byłaby albo taka sama punktacja   bez względu czy mecz wygrany w dwóch czy trzech setach, albo gradacja, za wygrany mecz w dwóch setach 5 pkt, w trzech 4 pkt. Pytanie czy przegrany powinien dostawać punkty? Tak się przyjęło w niektórych ligach, że tak i ok można to zostawić, działa motywująco, ale przy awansie do fazy play off jednak  decydować powinien stosunek meczy wygranych do rozegranych, bo to jednak wypacza wyniki i punktuje osoby, które rozegrały ilościowo  więcej meczy.

Może czas na delikatną zmianę zasad… 😉

SMART LIGA

O Smart Lidze pisałam już odrębny felieton, więc tym razem będzie krócej😉.

Żałuję, że rozegrałam tylko 9 meczy ligowych w tym sezonie, dużo za mało😉.

Ligę, jaką jest Smart, opartą na komforcie wyboru miejsca na grę w dalszym ciągu uważam za najbardziej optymalną i wygodną . Bardzo fajnie, że w tym sezonie organizatorzy posłuchali sugestii i mamy grupy tylko kobiece na poziomach średnio i zaawansowanym. Już się zapisałam i z niecierpliwością czekam na pierwsze mecze, zaopatrzona w nowe piłki wygrane za punkty smart😉

Zakończenie ligowe na którym po raz pierwszy byłam, było za krótkie i bez szaleństw😉to po przyszłym sezonie warto uatrakcyjnić, potencjał jest ogromny 😊

T&CC LADIES SUMMER LEAUGE-CHOCHOŁOWSKIE TERMY.

Mój lokalny klub, liga prawie w domu😉dzieli  mnie tylko 1.5 km od kortów, najwygodniej, najbliżej, najładniej😉. Na starcie pojawiło się 21 ligowiczek, zapowiadało się obiecująco, mimo, że liga zrobiona  przez aplikacje tenis4U , co nie jest do końca atutem, bo rankingi punktowe  często nie mają nic wspólnego z poziomem gry tenisistek.

Cieszyłam się , że mam szansę rozegrać mecze z dwudziestoma różnymi przeciwniczkami, ale w trakcie trwania rozgrywek troszkę się pozmieniało  w zasadach i grałam tylko z dziewięcioma różnymi przeciwniczkami,  z niektórymi z tych dziewięciu  po  kilka razy… Podczas trwania rozgrywek odeszła z klubu osoba za nie odpowiedzialna, udało się jednak zapanować nad chwilowym  chaosem i doprowadzić rozgrywki do finałów.

Zagrałam w tej lidze najwięcej meczy, aż szesnaście , z czego tylko siedem  wygrałam, ale za to udało mi się pokonać wreszcie zawodniczkę, z którą we wcześniejszych meczach nie umiałam wygrać i która bardzo mnie chwaliła, za postęp jaki zrobiłam  w przeciągu dwóch ostatnich lat jakie minęły od naszego ostatniego meczu.

Drugie ważne zwycięstwo, to z jedną z najmłodszych ligowiczek, z którą w edycji ligii spotykałyśmy się aż trzy razy. Pierwszy mecz, przegrałam, w dwóch setach 2:6. 5:7, ale nie powinnam go w ogóle grać, byłam dobę po pierwszej dawce szczepionki na covid, z kiepskim samopoczuciem i większość meczu nie grałam za wiele. Drugi nasz mecz poddałam walkowerem, ponieważ miałam infekcję, no i wreszcie spotkałyśmy się w kolejnej rundzie i wygrałam 6;3, 6;4! Grający obok na korcie zaprzyjaźniony trener powiedział mi potem, że grałam bardzo dobrze, odważnie i wreszcie ofensywnie😊

Finały ligii odbyły się wczoraj, faworytki nie zawiodły. Imprezę na zakończenie, z wręczeniem nagród i pucharów mamy za tydzień.

Podczas trwania poszczególnych rund ligowych, najaktywniejsze ligowiczki otrzymywały vouchery od sponsora ligi na pobyt w Chochołowskich Termach, bardzo przyjemny akcent dla uczestniczek.

Zapisałam się do edycji zimowej ligi, prawie w domu nie grać to byłby wstyd 😉.

Oceniam cały ten sezon bardzo dobrze, oswoiłam się na dobre z ligowym graniem, przetrwałam dużo trudnych meczy, umiem już wygrać, ale też przegrać. Wiem, nauczyłam się, że najważniejsze to wierzyć do końca, zachować spokój, okiełznać swoje lęki, nie robić za często dramy😉grać swoje, konsekwentnie, z planem A, ale mieć też w zanadrzu plan B.

Dziękuję organizatorom wszystkich lig, w których grałam za możliwość sportowej rywalizacji jaką dajecie nam pasjonatom amatorom, jesteśmy dzięki Wam  w grze, w emocjach, robimy to co kochamy.

Nie ma ligi idealnej , tak jak nie ma ludzi bez wad, ale dzięki reminiscencjom, które uwypuklają tą jaśniejszą stronę życia, pamiętamy z meczy ligowych to co nam daje radość i spełnienie, uśmiech, triumf , łzy szczęścia, wzruszenia, wiarę, że coś ma sens.

Dla mnie to  było piękne tenisowe lato!


TENISISTKI W TATRACH

TENISISTKI W TATRACH 

W kwietniu w apogeum mojego covidowego zapalenia płuc koleżanka tenisistka i przewodniczka tatrzańska nieoceniona Teresa Stochel poddała mi pomysł zrobienia turnieju tenisowego w Zakopanym połączonego z wycieczką w Tatry. Od kwietnia trochę czasu minęło, wycieczkę wstępnie zaplanowałyśmy na maj, no ale rekonwalescencja po covidzie się przedłużała i temat jakoś się delikatnie rozmył. Aż do lipca …jeszcze byłam nad jeziorem  w Starych Jabłonkach, kiedy Tereska zapytała czy jadę z nimi na wycieczkę w Tatry,  póki co bez  turnieju tenisa 😉

Sprawy w swoje ręce wzięła Marysia Gołda, zaprosiła kilka tenisistek i nie tylko😉 i tak w piątek 23 lipca bladym świtem wystartowałyśmy z Krakowa ku przygodzie!

Teresa bardzo skrupulatnie zaplanowała trasę naszej wycieczki, ale też dzień wcześniej przesłała przydatne informacje co zabrać ze sobą w góry, legendą stała się już chusta 😉. 

Wycieczka dla nas kompletnych poza Teresą amatorek gór była bardzo ambitna, Czerwone Wierchy, start z Zakopanego Drogą nad Reglami do Doliny Strążyskiej, następnie w kierunku Wyżnej Przełęczy Kondrackiej, do osiągnięcia wysokości 2005 m n.p.m. na Kopie Kondrackiej,  dalej Doliną Kondratową do schroniska, meta w Kuźnicach.

 Ponad osiem godzin na górskich szlakach…Osiem kobiet, z czego pięć tenisistek, wyruszyłyśmy na sportowo, energicznie, z uśmiechami, żartami, optymizmem. Pogoda dopisywała, humory i zapał również. Pierwszy postój po godzinie spokojnego marszu, oczywiście zdjęcia, posiłek regeneracyjny i w drogę na wysokie szczyty. Większość z nas zaopatrzona w kijki do nordic walking, wszystkie intensywnie prowadzące życie sportowe nie bałyśmy się wyzwania, no ja może trochę, bo po zapaleniu płuc nie wiedziałam jak to będzie. I kondycyjnie podołałam znakomicie, ale zdarzyło się coś innego…, atak paniki, tuż przed szczytem. Patrząc w dół uświadomiłam sobie jak wysoko jesteśmy, zaczęłam płyciej oddychać i ogarnął mnie lęk…trwało to dobre kilkanaście minut… Na szczęście dzięki pomocy i mądrości Teresy i Marysi udało mi się nad tym zapanować. Bałam się bardzo, właściwie nie umiem opisać czego, nie wysokości, tylko tego, że jestem poza dostępem do cywilizacji, pomocy, po za planem i nie mam wpływu ani kontroli nad tym co się może wydarzyć. Nie wydarzyło się nic złego, a ja swój lęk okiełznałam, co dało mi ogromny zastrzyk energii i pewności siebie.

Tatry są przepiękne, widoki zapierały nam dech w piersi, zdjęcia tego nie oddają w pełni. Człowiek staje, patrzy na ten ogrom naturalnego piękna, zachwyca się i może tylko podziwiać.

Góry mają w sobie tajemnice i coś takiego co powoduje, że chcesz się zmęczyć, maszerować, pocić się, wspinać, tylko po to, żeby stanąć na szczycie i …w milczeniu patrzeć na ten bezkres mistycznego cudu.

Ludzie w górach też są inni, bardziej otwarci. Spotkałyśmy na szlaku bardzo pozytywnych i przyjaźnie nastawionych wspinaczy, nawiązuje się nić porozumienia, ktoś pyta o maść przeciwbólową, ktoś życzy miłego wspinania, przepuszcza z uśmiechem, a jeszcze ktoś inny nawet daje numer telefonu i proponuje spotkanie😉. Jedna z naszych koleżanek, Milenka ma dobrą rękę do swatania ludzi i kto wie, czy nie uda jej się stworzyć pary, która poznała się w romantycznych okolicznościach przyrody, w Tatrach.

Góry łączą ludzi wspólnym doświadczeniem, nasza grupa dziewczyn spędziła świetny czas razem, poznałyśmy się i polubiłyśmy się jeszcze bardziej. Na pewno to nie będzie nasza ostatnia wspólna wycieczka, następną może uda się połączyć z turniejem tenisa w Zakopanym.

W górach poznaje się naprawdę drugiego człowieka, na szczęście wyprawa poza moim atakiem lęku obyła się bez żadnych złych doświadczeń, nie byłyśmy wystawione na trudne wyzwania i stresy, nie było burzy, deszczu, lawiny, itp., ale jednak mam wrażenie, że poznałam dziewczyny lepiej niż podczas wspólnego meczu tenisowego. Wiem, że można na nie liczyć, że w razie potrzeby zaasekurują.

Po zejściu na dół do Kuźnic, usiadłyśmy na pysznym jedzeniu i podsumowaniu wyprawy. Nasza Tereska, tenisowa i tatrzańska mistrzyni zafundowała nam dzień pełen pięknych doznań i była z nas bardzo dumna, że dałyśmy radę, bo trasa była dość trudna jak na pierwszy raz. A my z satysfakcją z wykonanego zadania pałaszowałyśmy pomidorówkę, kwaśnicę, oscypki, zaśmiewając się głównie  z love story o kryptonimie Darek😉

Ponad osiem godzin w górach na szlaku, ponad 20 km w nogach, wejście wyzwanie, zejście z pionowych kamieni chyba jeszcze większe  szczególnie dla łydek😉, strach pokonany, doświadczenie znakomite i świetny czas z fantastycznymi kobietami.

Zawdzięczamy to tenisowi, gdyby nie nasza tenisowa pasja i spotkania na kortach nigdy nie poznałabym Teresy, Marysi, Justyny, Magdy, nie poszłybyśmy razem w Tatry. Jest dobra energia miedzy nami i to jest cudowne. Dziękuję Dziewczyny! Do zobaczenia na kortach i na górskich szlakach.

 


ANGIELSKA TRAWA NABIERA BIAŁO-CZERWONYCH BARW

ANGIELSKA TRAWA NABIERA BIAŁO-CZERWONYCH BARW

Jest gorąco, po trzecim, chłodnym prysznicu, delektując się pysznymi lipcowymi czereśniami, w oczekiwaniu na dzisiejsze półfinały Wimbledonu wśród pań, nie mogłam się powstrzymać, żeby  nie napisać o tym co wydarzyło się wczoraj i w ostatnim tygodniu na londyńskiej trawie.

Moi bohaterowie zeszłego tygodnia juz nie grają, zarówno Magda Linette jak i Andy Murray odpadli. Drugi tydzień ma nowych bohaterów i ulubieńców tłumów.

Na samodzielnego lidera uwielbienia wyrósł Hubert Hurkacz. Chłopak, na którego nikt specjalnie nie stawiał, mimo, że całkiem niedawno wygrał bardzo prestiżowy turniej w Miami, to jego ostatnie przegrane mecze zdecydowały, że fani, eksperci i inne tuzy raczej sypali złotymi radami, pełnymi sarkazmu. Głównie chciano zwalniać jego trenera, zatrudniać psychologa i w ogóle to w sumie beznadzieja z tym Hubertem, ma już trochę lat, a nie jest w stanie przekroczyć pewnych limitów i wspiąć się na szczyt. Hmmm…Od wczoraj narracja jest już zupełnie inna, a mianowicie Hubert wygra Wimbledon, no bo skoro pokonał Federera to teraz już z górki?

Niezmiennie uwielbiam takie perełki wirtualnych forów i dyskusji.

Hubert Hurkacz wczoraj zagrał bardzo dobry mecz, pokonał swojego idola Rogera Federera w trzech setach w ćwierćfinale Wimbledonu, królestwie Rogera na korcie centralnych. Ustanowił też parę rekordów, Federer nigdy nie przegrał na Wimbledonie seta do zera, przegrał tylko raz w takim stosunku, w Paryżu w meczu z  Rafaelem Nadalem. Hubert jest czwartym Polakiem w historii, który dotarł do  fazy ćwierćfinałowej  rozgrywek Wielkiego Szlema, po Wojciechu Fibaku, Łukaszu Kubocie i Jerzym Janowiczu. Obok Jerzego Janowicza, Igi Świątek i Agnieszki Radwańskiej dołącza też do polskiej czwórki półfinalistów Wielkich Szlemów. Jest i truskawka na torcie, Hubert i jego bliscy mają  dożywotni wstęp na mecze Wimbledonu jako goście, całkiem przyjemny przywilej, który Hubert sobie wywalczył byciem w finałowej ósemce.

Jutro w półfinale zmierzy się z rozgrywającym świetny turniej przystojnym Włochem Mateo Berrettinim, teoretycznie rywal łatwiejszy, ale czy na pewno?…Roger Federer w swojej najlepszej formie nie popełniałby tylu błędów ile wczoraj, tenisistów  takich jak Hubert, wysokich, z mocnym serwisem, ogrywał z łatwością, ale kiedyś, teraz już nie daje rady. Za to Berrettini jest na takiej samej fali wznoszącej jak Hubert, obydwoje grają o najwyższą stawkę,  o finał Wimbledonu i obydwoje chcą się w nim znaleźć. Jutro wielkie święto i uczta  dla fanów tenisa, bardzo mocno trzymam kciuki za Huberta Hurkacza, niech gra pięknie i sięgnie po swoje marzenia.

Drugą parę półfinalistów tworzą  Novak Djokovic i DJ raper niepokorny Denis Shapovalov, oh jak ja bym chciała, żeby młody sprawił niespodziankę i pokonał pewniaka do zwycięstwa całego turnieju Djokovica.

U pań wystartował pierwszy półfinał Barty – Kerber, Ashley to moja ulubiona grające obecnie tenisistka, kibicuję, żeby wygrała z Angelique, chociaż Kerber na Wimbledonie pokazała wszystkim, którzy wysyłali ją już na emeryturę, że w tenisa nadal gra świetnie i te życzenia są lekko przedwczesne. To na pewno będzie dobry mecz.

Drugi półfinał to będzie mecz Karoliny Pliskovej z Aryną Sabalenką. Obydwóm tym paniom kibicuję. Karolina jest już tyle lat w światowej czołówce i podobnie jak Agnieszka Radwańska nie zdobyła jeszcze żadnego tytułu Wielkiego Szlema. Zasługuje na to i fajnie jakby jej się to udało. Całkiem niedawno ograła ją w finale w Rzymie Iga 0:6, 0:6, tylko, że to już historia i to Karolina jest w półfinale Wimbledonu a nie Iga.

Aryna Sabalenka, kolejna tenisistka bez tytułu Wielkiego Szlema, a grająca kosmiczny tenis i jak najbardziej mająca papiery na to, żeby sięgnąć po trofeum kończące Wimbledon. Tylko niech troszkę ciszej krzyczy…

Oglądam, kibicuję i przenoszę te topowe doświadczenia mistrzów na swoje lokalne tenisowe podwórko. Wczoraj grałam mecz z nastolatką, miałam go odwołać z powodu niezbyt dobrego samopoczucia po szczepieniu, ale  zagrałam, bo wiedziałam, że to jedyny termin, w którym ten mecz możemy rozegrać, bo potem obydwie wyjeżdżamy na wakacje. 

Obydwie podchodziłyśmy do meczu jako liderki grupy, Maja miała trzy  wygrane mecze na trzy rozegrane, ja dwa wygrane na dwa rozegrane, obydwie w tej rundzie ligi jeszcze nie przegrałyśmy. Do wczoraj …, wczoraj przegrałam ja, 2;6, 5;7 . W pierwszym secie nie grałam nic, hebel jak to mówimy w slangu?Obudziłam się dopiero w drugim secie, przegrywałam 1:3, żeby w końcu zacząć grać, doprowadziłam do stanu 5:4 i byłam o krok od wygrania drugiego seta, niestety się nie udało. Taki jest tenis właśnie, jednego dnia grasz tak, że zupełnie mimochodem po prostu idzie gładko, wszystko wychodzi, a czasami mimo chęci nie jesteś w stanie wykrzesać z siebie za wiele. Tak było wczoraj , dziś kolejny mecz, w sobotę jeszcze jeden przed wyjazdem na wakacje, na których oczywiście też będę grać w tenisa?Każdy z tych meczy może mieć inny scenariusz, ale jedno jest pewne, wygrywa zawsze jeden zawodnik, pokonany schodzi drugi. Nauczyłam się już przegrywać ładnie, wiem, że to jest wpisane w ten sport. Nie chcę tylko tak grać, a właściwie nie grać jak wczoraj w pierwszym secie. Myślę, że Roger Federer po meczu z Hubertem, mógł mieć podobnie ? na pewno był wkurzony na to w jakim stylu przegrał trzeciego seta do zera.

Jak jesteś pasjonatem, wkładasz serce i całego siebie w to co robisz, to chcesz perfekcji , doskonałości i wymagasz od siebie dużo, bo wiesz, że potrafisz i możesz.

Jutro niech będzie piękny dzień dla Huberta i polskiego tenisa, niech internetowe fora rozgrzeją się do czerwoności ?niech  zielona londyńska trawa kiełkuje  na biało-czerwono, tak żeby w niedzielę w pełni rozkwitnąć! 

 


LIPCOWE WIBRACJE

LIPCOWE WIBRACJE 

W minioną sobotę odbył się kolejny z cyklu turniejów mikstowych organizowanych przez tennis stories by kate LIPCOWE WIBRACJE. Na starcie w T&CC w Giebułtowie pojawiło się 24 graczy, 12 par mikstowych, 12 tenisistek i 12 tenisistów plus paru gości. Po raz pierwszy miałam kilku nowych uczestników Kingę, Marysię, Mariolę, Agatę , Grzesia i Artura, resztę stanowiła stara, dobra  i sprawdzona gwardia  krakowsko- śląska?

Faza grupowa była bardzo zacięta, o zwycięstwie w wielu meczach decydowały tie-breaki, na trybunach raz po raz rozlegały się oklaski zaproszonych gości, wymiany, akcje, gra to był mistrzowski poziom. My z moim partnerem  Mariuszem zagraliśmy świetny mecz grupowy przeciwko bardzo dobrej parze Viktorii i Tomkowi, wygraliśmy 6:4, 6:3. Drugi mecz grupowy przegraliśmy z parą Mariola i Artur i po fazie grupowej z powodu złego samopoczucia Mariusza nie graliśmy już w drabince pucharowej. Na szczęście Mariusz poczuł się później lepiej i do końca już tylko jako gość mógł bawić się na turnieju.

Po fazie grupowej  8 par zmierzyło się w ćwierćfinałach, 4 wzięły udział w półfinałach turnieju pocieszenia. Mecze tej fazy to był naprawdę kawał świetnego tenisa. Zaangażowanie , zapał uczestników robił niesamowite wrażenie, wszyscy grali fantastycznie.

W półfinałach spotkali się Mariola z Arturem przeciwko Kindze i Jaromirowi oraz Ania i Grzegorz przeciwko Marzenie i Markowi. Krakusy i Ślązacy stoczyli siostrzano-bratobójcze pojedynki?Mecze były bardzo dynamiczne, wyrównane, długie, ze zwrotami akcji. Czas nas gonił i wiedzieliśmy, że finału nie zdążymy rozegrać, dlatego też finaliści zajęli ex aequo I MIEJSCE. Byli to Kinga z Jaromirem i Ania z Grzegorzem, ogromne gratulacje!

Turniej pocieszenia po finale z Anetą i Darkiem wygrali Viktoria i Tomek, gratulacje!

Gra na kortach szła swoim torem, a w kuluarach, w strefie relaksu toczyły się świetne towarzyskie rozmowy, oczywiście muzyczka w tle, wibracje, tańce, wygłupy. Zabrakło nam tylko słonecznej pogody , nie mogliśmy się rozkoszować widokami naszej lokalnej Toskanii?

W naszym chilioutowym pokoiku mogliśmy zjeść pyszne rzeczy przygotowane przez Enoteca ( Ewa dziękuję), chlebek od Dominika i Kasi z piekarni Młyn  i specjalnie przywiezione  z nad morza przez Łukasza wędzone jesiotry , smak rajski?

Uczestnicy mieli też możliwość sprobowania pysznych, zdrowych musów owocowych i warzywnych dostarczonych prze partnera turnieju OWOLOVO oraz po wycieńczających meczach wzmocnić się napojami VITAMIN C SYNERGY DRINK od firmy My Vit Ltd.

Pucharów jak to na moich turniejach jest w zwyczaju nie było?Za to każdy z uczestników dostał tzw.kate gift pack ? z fajnymi  gadżetami od tennis stores by kate, OWOLOVO i od kolejnego partnera turnieju SOBIESŁAW ZASADA AUTOMOTIVE.

Wśród uczestników turnieju zostały rozlosowane nagrody dodatkowe, vouchery na pyszną pizze i wino do ENOTECA oraz parasole od Mercedesa.

Zwycięzcy turnieju głównego i pocieszenia dostali vouchery na kilka godzin gry na kortach od partnera turnieju T&CC w Giebułtowie.

Dziękuję wszystkim moim GOŚCIOM, że Wam się chce u mnie grać, że lubicie, że dajecie swoją świetną energię, że tworzycie społeczność pasjonatów tenisa.

Dziękuję wszystkim Partnerom wydarzenia i sponsorowi głównemu firmie LESTER HOLDING za zaufanie do mnie, za wsparcie inicjatywy początkującej blogerki ?, za inwestowanie w rozwój sportowego wizerunku i tenisowej aktywności.Mam nadzieję, że to dopiero  wspaniały początek naszej wspólnej współpracy i przygody. 

Dziękuję G za jak zawsze profesjonalne, najpiękniejsze tabelki turniejowe i rozpiskę meczy.

W głowie kiełkują mi kolejne pomysły na tematyczne turnieje, zobaczymy się już wkrótce.

Najważniejsze jest to, że udaje mi się gromadzić na moich turniejach wspaniałych ludzi. Nasze grono cały czas się powiększa, poziom tenisa jest bardzo wysoki, ale oprócz tego łączą nas podobne klimaty, lubimy spędzać ze sobą fajnie czas.  Pasja do gry, walka  do ostatnich sił, do kończącej piłki jest w krwiobiegu nas wszystkich, kochamy tenisa i kochamy życie.

Dziękuję, że jesteśmy razem!

 


moje tenisowe początki

MOJE TENISOWE POCZĄTKI

MOJE TENISOWE POCZĄTKI

Swoje tenisowe epizody z młodości pominę , bo ich nawet dobrze nie pamiętam i nie są zupełnie istotne.

Cała historia zaczyna się mniej więcej 4 lata temu , kiedy tuż obok mojego domu powstaje obiekt Perła Pękowic , a w nim  kort tenisowy, zielony , tuż nad rzeką, kameralne , cudowne miejsce. Wtedy odkrywam , że zdecydowanie marzę o tym, żeby zostać polską Marią Sharapovą?Kupuję  piłki i prostą rakietę w przypadkowym sklepie sportowym , parę pierwszych, pięknych sukienek tenisowych i zaczynam zabawę. Najpierw odbijam z nastoletnim synem, od pierwszych dotknięć rakiety wiem ,że wreszcie znalazłam sport na który czekałam całe życie. Zakochuję się bezgranicznie i bezkrytycznie .

Po kilkunastu wspólnie zagranych treningach, na których fantastycznie się bawimy, wydaje nam się, że gramy  świetnie?

Na scenę wkracza pierwszy trener, Tomek , po kilku miesiącach wspólnych treningów , w moim odczuciu, teraz to już no naprawdę jestem dobra  ?

Kupuję pierwszą poważną rakietę ( Babolata) i …jestem już gotowa na turnieje …?reakcja  Tomka  bezcenna, delikatnie mówiąc jest mało entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu, ale też nie odradza ,  ja swoje wiem i jestem READY jak Nadal ?

Na facebooku znajduję ogłoszenie o turnieju na kortach w Mysłowicach i namiar do Andrzeja Rosoła, dzwonię i wiem , ze trafiłam na prawdziwego pasjonata.

No to jadę …, kwiecień 2018, mój pierwszy turniej , grupa 3-osobowa, przeciwniczki od lat grają w tenisa i w turniejach, ale ja się nie stresuję, mam piękną sukienkę, świeci słońce , zaraz będzie maj, mój miesiąc , a na drugi dziń wylatuję do mojego ulubionego Playa De Muro na Majorkę, życie jest piękne?

Gramy…

Nokaut, całkowity…, dziewczyny szybko kończą mecz ze mną , a ja za bardzo nie wiem co się wydarzyło…Ania i Iza moje pierwsze turniejowe przeciwniczki są na szczęście dziewczynami z ogromną klasą , nie upokarzają mnie tak po ludzku, robią wszystko w meczu , żeby mimo wszystko trochę ze mną pograć…No i Andrzej , który daje mi duże wsparcie, zaprasza na kolejne turnieje ,  będę tam stałym gościem i członkiem fantastycznej wspólnoty tenisistek i tenisistów zgromadzonych wokół Tennis Open , które stworzył i nikt tak pięknie do mnie nie mówi jak on ,Kasieńko? 

 


TURNIEJ ZAKOCHAJ SIĘ W MIKŚCIE

TURNIEJ ZAKOCHAJ SIĘ W MIKŚCIE

Jest coś takiego w organizacji turniejów co mnie niesamowicie mówiąc kolokwialnie kręci.

Zawsze zaczyna się od pomysłu na nazwę, detale wizualizacyjne plakatu( specjalne podziękowania dla Anity, która moje pomysły na plakaty ubiera w artystyczne arcydzieła), koncepcja na grę, dobór uczestników, przekąsek, nagród itd. Po nitce do kłębka, powstaje projekt skończony i wdrożony. To mi zostało z pracy w korporacji, zadaniowość, bo tuż po skończonym  turnieju, dosłownie jak tylko wróciłam do domu, zrodziła się w  mojej głowie nowa koncepcja. Implus do mózgu wysłany, proces kreowania nowego turnieju rozpoczęty. Ale zanim odbędzie się nowy, dzisiaj moje  subiektywne sprawozdanie  z  ostatniego turnieju mikstowego ZAKOCHAJ SIĘ W MIKŚCIE.

W latach szkolnych pierwszy dzień wiosny obchodziliśmy na wiele sposobów, dzień wagarowicza, topienia marzanny ,dzień zakochanych, dzień tulipanów?

To te wspomnienia zainspirowały mnie do połączenia tych wszystkich elementów i stały się podwaliną turnieju.

Były zakochane pary, były piękne tulipany, czuliśmy się jak na odjazdowych wagarach od obowiązków, nie topiliśmy tylko marzanny?, ale przede wszystkim było dużo grania w tenisa.

 W turnieju wzięły udział 32 osoby, 16 par mikstowych, fajnych ludzi, świetnie grających w tenisa.

Zaprosiłam na turniej sprawdzonych znajomych ze Śląska i Krakowa, ale też parę nowych, świeżutkich znajomych?Intuicja, że ci akurat ludzie się polubią i zaiskrzy między nimi mnie nie zawiodła, towarzyska atmosfera była świetna.

Część par to zgrane pary mikstowe, ale byli też debiutanci, którzy po raz pierwszy grali ze sobą i szło im bardzo dobrze, a jedna z takich par, Viktoria i Tomek swój debiut turniejowy skończyła dopiero w półfinale!  A druga Ania i Jaromir wygrała turniej pocieszenia. Gratulacje! 

Mecze grupowe były bardzo zacięte i trwały troszkę dłużej niż zaplanowałam, ale warto było na to popatrzeć. Zaangażowanie, determinacja do ostatniej piłki, jeden kolega upadł na kolana i solidnie je obdarł, emocje sportowe były mocno wyśrubowane , nawet trzeba było je podczas jednego meczu studzić? A na kortach przede wszystkim rządził tenis, w najlepszym wydaniu, poziom gier był bardzo wysoki, zagrania, piłki i akcje  turniejowe były  warte tzw.stadionów świata. Szkoda, że w obecnych pandemicznych czasach nie może być na turniejach publiczności, bo gra zasługiwała na aplauz i głośne brawa.

Po fazie grupowej, dwie pary z pierwszych miejscy w grupach awansowały do turnieju głównego, pozostałe grały turniej pocieszenia. Faworyci nie zawiedli, w finale znaleźli się Marysia z Danielem i Agata z Gregiem. Wygrali Ślązacy, Agata i Greg, gratulacje! Muszę się pochwalić , że ja z moim partnerem mikstowym  Mariuszem mieliśmy przyjemność grać mecz grupowy z Marysią i Danielem i po bardzo wyrównanej walce, udało nam się pokonać tą sympatyczną parę finalistów.

Meczu o trzecie miejsce nie było, więc dwie pary zajęły je ex aequo Ania z Radkiem i wspomniana wcześniej para debiutantów Viktoria i Tomek.

W turnieju pocieszenia w finale wygrali krakowiacy Ania i Jaromir pokonując  po pięknym meczu Sonię i Mirka ze Śląska. 

Każda z par zagrała minimum cztery mecze, można było się solidnie nagrać, finaliści skończyli dopiero późnym wieczorem i w ogóle nie wyglądali na zmęczonych?

Podczas turnieju oprócz nagród za pierwsze miejsca , przyznałam kilka wyróżnień i tak:

ZAWODNICZKĄ  MVP TURNIEJU została Iza, najmłodsza i przemiła uczestniczka, grająca piękny technicznie tenis

ZAWODNIKIEM MVP TURNIEJU został Darek za świetne, kończące woleje, taktyczne rozwiązania meczowe i gentlemanstwo.

NAGRODA FAIR PLAY  powędrowała do Teresy, za całokształt postawy turniejowej 

NADZIEJĄ TENISA został Filip, najmłodszy uczestnik turnieju, jak głowa będzie spokojna podczas meczów to przyszłość przed Tobą świetlana chłopaku 

Przyznałam też kilka bardziej osobistych wyróżnień, dla Ani za pyszny sernik, dla Radka za muzykę, dla Marka za koordynację mobilną towarzystwa ze Śląska oraz za pomoc w sprzątaniu, dla Grzesia L za bycie duszą moich wszystkich turniejów i dla G! za zaangażowanie oraz dużą pomoc w ogarnięciu wielu około turniejowych tematów na czele z tabelkami. 

Dziękuję wszystkim Uczestniczkom i Uczestnikom turnieju, to było niepowtarzalne popołudnie i wieczór. Prawie nie mamy zdjęć?, nie było czasu ich robić , bo tak byliśmy zaangażowani we wspólne granie, pochłonięci wiosenną atmosferą i zapachem różowych tulipanów. To był zaszczyt Was gościć, do zobaczenia na następnym turnieju, tym razem singlowym MAJOWE WIBRACJE, szczegóły wkrótce.