WIELKI MAŁY CZŁOWIEK

WIELKI MAŁY CZŁOWIEK 

Na kortach klubu Tennis&Country Club w Giebułtowie od soboty do poniedziałku ( 5-7 luty) toczył się HALOWY PUCHAR POLSKI. Impreza takiej rangi po raz pierwszy odbyła się na obiekcie stworzonym do tego typu wydarzeń. Infrastruktura, zaplecze, urok obiektu oraz gościnność właścicieli sprawiła, że te kilka dni pozostanie w pamięci zawodniczek, zawodników, trenerów, rodziców, klubowiczów, widzów na bardzo długo. To było fantastyczne wydarzenie!

Mało brakowało, a zabrakłoby mnie na nim. W czwartek złapała mnie niedyspozycja i bałam się, że do soboty się nie wykuruję, na szczęście się udało. Spędzałam w T&CC każdego dnia turnieju długie godziny na oglądaniu wspaniałych meczy zawodowców, na niekończących się rozmowach, na analizach, poznałam świetnych ludzi, z których kilku zostało bohaterami mojego felietonu.

Pierwszy zawodnik z którym udało mi się zupełnie przypadkowo porozmawiać to Maciek Matuszczyk z Krakowa. Zaczęliśmy, oglądając inny mecz, niezobowiązującą pogawędkę, a potem Maciek opowiedział więcej…, że ma trudny okres za sobą, że długo nie grał, że miał perturbacje osobiste, że nie ma specjalnych oczekiwań i cieszy się, że w pierwszej rundzie pokonał wyżej rozstawionego zawodnika. Maciek ma dłuższe włosy, nosi czapkę z daszkiem, jest leworęczny i gra urozmaicony, piękny dla oka tenis. Okazało się również, że Maciek jest wychowankiem Krzysia Sieniawskiego, pod okiem którego spędził kilka najważniejszych tenisowych lat. Krzysztof z dumą i wzruszeniem oglądał późniejsze mecze Maćka, który odpadł dopiero w rywalizacji z turniejową jedynką Marcelem Politowiczem. Pokazał mi zdjęcia jak Maciek na korcie był jeszcze dzieciakiem. Niesamowicie utalentowany zawodnik, którego kariera w pewnym momencie wyhamowała z przyczyn od niego zupełnie niezależnych. Dobrze widzieć Maćka w takiej formie, gra tenis, który świetnie się ogląda. Mocno za niego trzymam kciuki, poprawiaj daszek chłopaku i rób swoje!

Mecz, który oglądałam jako pierwszy to mecz pomiędzy Kacprem Szymkowiakiem( KKT WROCŁAW) a Wojtkiem Kasperskim ( WOJNAR TENNIS ACADEMY KRAKÓW). Kacper chyba najmłodszy na turnieju, również chłopak w czapce z daszkiem od razu skupił moją uwagę, energia rozrabiaki plus piękny tenis. W setach u panów było po jeden, o wygranej decydował super tie-break. Kacper ekspresyjnie szalał, gonił wynik i się złościł, przeciwnik zachowywał kamienną twarz i spokój. Wygrał Wojtek 11:9. Złapałam zawodników tuż po meczu na szybką rozmowę. Wojtek spokojny, grzeczny, ułożony, rzeczywiście taki jest i  to był  jego klucz do zwycięstwa w decydujących momentach. Za to żywiołowy Kacper, powiedział, że on z kolei jest taki, to jest jego charakter, jak wyrzuci z siebie złość, emocje, jak krzyknie, to schodzi z niego napięcie i lepiej gra, był sobą na korcie w 100%. Odpadł w pierwszej rundzie, za to w deblu z Mikołajem Lisem  doszli do finału, który się nie odbył, przeciwnicy Piotr Kusiewicz z  Marcelem Politowiczem  dali WO, z powodu kontuzji Marcela.

Parę słów o Marcelu Politowiczu( PT OLIMPIA POZNAŃ)  turniejowa jedynka, najwyżej rozstawiony zawodnik, z którym od razu poczułam chemię 😉, bo podobnie jak ja ma wadę wzroku i też  nie może nosić soczewek, gramy więc razem ja i on😉 w okularach, tylko, że Marcelowi to zupełnie nie przeszkadza😉.Marcel gra świetnie, jest niezwykle szybki, dynamiczny i kompletny w swoim tenisie. Niestety złapała go kontuzja pleców i w poniedziałek musiał poddać mecz półfinałowy w singlu i finałowy w deblu. Bardzo sympatyczny chłopak, rozmowny, otwarty. Prywatnie koleguje się z kolejnym moim bohaterem Piotrem Kusiewiczem, z którym tworzą parę deblową.

Piotr Kusiewicz ( WOJNAR TENNIS ACADEMY), jeden z najbardziej utalentowanych i znanych krakowskich zawodników. Chłopak na korcie to wirtuoz, jakby grał mimochodem, gra szybko, mocno, celnie, a dodatkowo jest w tym artyzm, dopieszczenie każdego zagrania. Jego tenis  komponuje się z dredami, które nosi  i łagodnym uśmiechem, Piotr uśmiecha się oczami. Grał po kilkumiesięcznej kontuzji.

Piotrek ma  fantastycznych rodziców, z którymi na trybunach spędziłam bardzo miło czas gawędząc głównie o tenisie. Perspektywa rodziców zawodnika daje zupełnie inne spojrzenie na zawodowy tenis. Logistyka, poświęcenie, pieniądze, system szkoleń, dostępność obiektów, trenerów, sparing partnerów, jest tyle składowych , które trzeba pospinać, żeby potem oglądać na korcie taki dobry tenis. Ogromny szacunek dla rodziców Piotra, robią kawał dobrej roboty.

Ale żeby nie było tylko milutko, to w  sobotę podczas meczu pomiędzy Viktorem Blomem a Bartłomiejem Andrzejczakiem doszło do spięcia. Najpierw panowie nie mogli się dogadać co do wyniku w drugim secie, wydawało się, że się dogadali i przeszli do tie-breaka, ale …po jednej z wymian według jednego z zawodników pękła piłka, tylko, że pokazał kilka piłek i to nie od razu po akcji, tylko długo po kiedy  przeciwnik zagrał winnera. Bartłomiej chciał powtarzać piłkę, bo tak jest regulaminowo, a Victor się nie zgadzał, bo według niego nie było związku między wygraną akcją, a późniejszym pęknięciem piłki. Zrobiło się nieprzyjemnie, na kort została wezwana pani sędzia i zarządziła, że nie ma powtórki punktu, bo piłka nie pękła bezpośrednio podczas uderzenia. Bartłomiej nie przyjmował decyzji pani sędzi, młodszy Viktor bardzo się zdenerwował, że już wcześniej podczas drugiego seta przeciwnik  wymusił błędny wynik, a teraz próbuje odebrać mu prawidłowo zdobyty punkt. W końcu mecz wznowiono, zgodnie z decyzją pani sędzi. Trybuny wyczuły naciąganie i fałsz w całej tej sytuacji i odtąd kibicowały Viktorowi , który mecz wygrał.

Po meczu pogratulowałam młodemu, chciałam też pogratulować Bartłomiejowi, bo poza tym incydentem panowie zagrali świetny mecz, ale Bartek myślał, że jestem mamą Viktora😉Na szczęście podaliśmy sobie ręce.

Męski poniedziałkowy półfinał ( z powodu WO Marcela, drugi mecz półfinałowy skończył się przy stanie 2:4) i finał to prawdziwa uczta dla kibiców, w obydwu meczach o końcowym wyniku decydował super tie-break. Wygranym i bohaterem obydwu meczy był Juliusz Bienkiewicz (UKS SPORT KLUB WROCŁAW) . W meczu półfinałowym z Mikołajem Lisem przegrał pierwszego seta, drugiego wygrał w tie-breaku , do końca trzymając widzów w napięciu, żeby w decydującym trzecim szybkim secie wygrać zdecydowanie 10:5.

Finał z Karolem Filarem zaczął bardzo pewnie i dynamicznie, dominując wyraźnie rywala, ale w drugim secie to Karol zaprezentował się lepiej i zasłużenie wygrał. O zwycięstwie w turnieju decydował znowu super tie-break, wygrał Julek 10:7, w najważniejszych momentach świetnie serwował i zachowywał koncentracje. Juliusz ma świetnego trenera, spokojnego, kompetentnego, cały czas dopingował i wzmacniał z trybun swojego zawodnika, analizował błędy, po to, żeby wyciągać z nich wnioski. Duża osobowość, widać w tej relacji zawodnik/trener fajne, niewymuszone  porozumienie i szacunek.  Panowie mają też  swoje tajne kody porozumiewania się, ale tego nie pozwolili mi zdradzić, przynajmniej na razie😉

Na deser zostawiłam dziewczyny, bo tak jak wygrana faworytki, najwyżej rozstawionej Aleksandry Wierzbowskiej zaskoczeniem być nie może, tak to jak potoczył się cały turniej dla Wiktorii Saskiej to jednak fantastyczna niespodzianka. Obydwie Panie trenują w T&CC w Giebułtowie, reprezentują KS DRAGON TENNIS TEAM PRO  i obydwie spotkały się w finale!

Wiktoria miała bardzo ciężki drugi turniejowy mecz w piątek, nie wiadomo było czy po pierwszym przegranym secie da radę kontynuować grę z powodu dotkliwych skurczów, potrzebna była pomoc fizjoterapeuty. Udało się zawodniczkę postawić na nogi, Wiktoria wygrała drugiego seta i super tie-break przy ogromnym aplauzie zgromadzonej publiczności. Rozmawiałam z Wiktorią w niedzielę, była zmęczona i bardzo szczęśliwa, a jeszcze wtedy nie wiedziała, że po dwóch następnych wygranych meczach znajdzie się w finale ze swoją klubową koleżanką Olą Wierzbowską. Wiktoria jest delikatna, eteryczna, ale na korcie potrafi uwolnić w sobie prawdziwego tygrysa😉

Poniedziałkowy finał Oli i Wiktorii dla klubowiczów, trenerów, bliskich  to było wspaniałe doświadczenie i radość, że Dziewczyny gospodynie tak świetnie zagrały, dochodząc do finałów Pucharu zarówno w singlu  jak i deblu. Sztab szkoleniowy( Kasia Strączy, Kuba Migas)  i zawodniczki powinni być bardzo dumni. My klubowicze jesteśmy.

Te trzy dni podczas Halowego Pucharu Polski miały wielu bohaterów, każdy z nich ma swoją historię, każdy z czymś się zmaga, czegoś się boi, wstydzi, każdy jest wyjątkowy.

W  tenisie z kortu tylko jedna strona  schodzi zwycięska, oni to akceptują. 

 Patrzyłam na tych zawodowców na korcie, potem w kuluarach, przy wspólnych posiłkach, jedni się lubią mniej, drudzy bardziej, ale mecz kończą na korcie, potem idą dalej. Dużo my amatorzy możemy się od nich nauczyć, w kwestii sędziowania, w kwestii kultury na korcie czy wreszcie w kwestii wzajemnego szacunku, bo grać jak oni nie mamy szans. Cenna lekcja.

Oni też wiedzą, że w ich wieku Nadal miał już parę tytułów, wiedzą, że świat nie czeka, że każdego dnia przybywają na całym globie miliony dzieciaków grających w tenisa. Oni to wiedzą …, a jednak zaciskają zęby grając kolejne mistrzostwa, zdobywając mozolnie kolejne punkty do  rankingu w ITF i wierzą, że kiedyś będą na szczycie…

WIELCY MŁODZI LUDZIE.


ZIELONA GÓRA BEZ KANKANA

ZIELONA GÓRA BEZ KANKANA 

Zielona Góra, Grünberg albo Zelena Hora czy też po prostu Winny Gród został na dwa mroźne grudniowe dni stolicą polsko-czeskiego tenisa.

Zaczęło się niewinnie, kolega podesłał na wspólną grupę tenisową linka do turnieju Polska -Czechy. Nasze tenisowe towarzystwo zareagowało raczej bez entuzjazmu, a że za daleko, a że kto tam w sumie gra😉Mnie się pomysł od razu spodobał, namówiłam koleżankę i tak utworzyła się pięcioosobowa grupa wyjazdowa. Kierownikiem wycieczki został Włodek, wice koordynatorem Tomek. Panowie zadbali o wszystkie detale, bilety, transport, hotel. My z Marysia  i Agnieszką miałyśmy się stawić w piątek na dworcu Kraków Główny, o godzinie 10:06 punktualnie wyruszyliśmy ku fantastycznej przygodzie.

Już w pociągu poczułam się jak na wycieczce szkolnej, z najbardziej lubianym  nauczycielem czyli panem od wf😉Włodek przeszedł samego siebie, dla każdego z nas przygotował pyszne kanapki, kupił  drożdżówki, soki i koktajle, zabawiał nas uroczymi opowieściami nie tylko o tenisie.

Zaopiekowani, dopieszczeni i zrelaksowani dotarliśmy punktualnie do Zielonej Góry. Szybkie zakwaterowanie  w cudownym, zabytkowym hotelu Retro i start do Centrum Rekreacyjno-Sportowego na główną atrakcję wyjazdu, towarzyski mecz tenisowy Polska-Czechy.

Wstyd się przyznać, ale to był mój pierwszy zawodowy turniej tenisa, który oglądałam na żywo z trybun. Wrażenie jest niesamowite! Miejsca mieliśmy bardzo dobre, doskonale widzieliśmy zawodników, szybkość piłki i wszystkie detale.

 Na turnieju mimo wcześniejszych zapowiedzi nie zagrał z powodu kontuzji Łukasz Kubot, a ze strony czeskiej zabrakło Petry Kvitovej i Markety Vondrousovej. Ci co grali nie rozczarowali mimo, że Polska przegrała 2:4. Z meczy gry pojedyńczej obejrzeliśmy mecze Kasi Kawy z Kateriną Siniakovą, Magdy Fręch z Terezą Martincovą, Kamila Majchrzaka z Jirim Veseley i Jerzego Janowicza z Jirim Lehecką. 

Tylko powracający po długiej przerwie Jerzy Janowicz wygrał swój mecz i grał świetnie. To był taki mecz, który chce się i trzeba zobaczyć na żywo. Jerzy Janowicz jest stworzony do grania przy aplauzie trybun, synchronizacja dopingu kibiców z jego asami serwisowymi i zwycięskimi akcjami zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Hasło kibiców : JUREK ŁADUJ!!! na stałe powinno znaleźć się w arsenale przyśpiewek tenisowych. Jurek posłuchał widzów i ładował tak, że wygrał, porywając nas wszystkich do nagrodzenia jego gry owacją na stojąco. Znakomity powrót!

Szkoda  przegranego meczu Magdy Fręch tylko dwoma piłkami w super tie-breaku, Magda zaprezentowała się bardzo dobrze i w meczu z Terezą była na pewno zawodniczką lepszą.

Katarzyna Kawa i Kamil Majchrzak zagrali troszkę bez błysku.

Mecze deblowe to były dwa światy. Męski zespól Szymon Walków z Janem Zielińskim grali świetny deblowy mecz, raz po  raz racząc publikę widowiskowymi zagraniami. Panowie są dobrze zgrani i się uzupełniają, w miarę pewnie pokonali parę czeską Veseley/Lichecka. Damski debel niestety rozczarował, duet Rosolska/Kawa grał o dwie tenisowe klasy niżej niż wielokrotna mistrzyni wielkoszlemowa Katerina Siniakova w parze z Martincovą i to nie tylko dlatego, że był to mecz o przysłowiową pietruszkę. Nie zepsuło to jednak mojego finalnego wrażenia i oceny tej dwudniowej tenisowej przygody. 

Na hali czuć było w każdym centymetrze tego miejsca, że rządzi tenis. W kuluarach spotkałyśmy eleganckiego Łukasza Kubota, z którym troszkę porozmawiałyśmy i obowiązkowo zrobiłyśmy sobie zdjęcie, a że z Łukaszem już się  kiedyś spotkaliśmy w Krakowie, to kolejne nasze spotkanie  to już obowiązkowo wywiad😉I mimo, że Łukasz Kubot nie zatańczył na korcie zwycięskiego kankana, to swoją obecnością podniósł zdecydowanie prestiż imprezy. I ile radości sprawił niektórym😉, a mi nawet  chciał oddać swoje oczy  w zamian za moje podpuchnięte 😉

Spotkaliśmy też Karola i Paulinę z fanklubu Agnieszki Radwańskiej oraz trenera Kubę z krakowskiego klubu Fame.

Spędziliśmy świetny czas w Zielonej Górze! W piątek zjedliśmy pyszną kolację w naszym hotelu Retro, z wypiekami na twarzach, przy dobrym winie rozmawialiśmy do północy, ekscytując się naszą tenisową pasją, ale też poruszaliśmy dużo  innych tematów, trudnych, lekkich i przyjemnych ,urodziły się wspólne pomysły, które już po Nowym Roku będziemy wcielać w życie.

 W sobotę Marysia z Chłopakami o świcie zwiedzali Zieloną Górę, my z Agnieszką zdecydowanie wolałyśmy pospać.

Aga z Włodkiem zostali do niedzieli, żeby podelektować się czasem ze sobą i odkryć uroki miasta,  a my kierunek  pociąg niebylejaki 😉 A jednak troszkę nas ten pociąg z Berlina zaskoczył, dużym opóźnieniem, zimnym wagonem, ale za to z panem konduktorem o pięknych oczach😉i co najważniejsze byliśmy razem w znakomitym towarzystwie, więc drobne niedogodności nam nie przeszkadzały.

 Najfajniejsze rzeczy zawsze dzieją się w życiu mimochodem, od lat tak się nie śmiałam, do łez i bólu przepony, ta podróż powrotna będzie niezapomniana.

Winny Gród dostarczył mi nie tylko tenisowych wrażeń.

Kolaże, miraże, hulajnogi, wino, kankan i tenis niech nam zawsze towarzyszą! 

Marysia, Aga, Tomek i Pan Kierownik Wycieczki Włodziu dziękuję!!! 


LIPCOWE WIBRACJE

LIPCOWE WIBRACJE 

W minioną sobotę odbył się kolejny z cyklu turniejów mikstowych organizowanych przez tennis stories by kate LIPCOWE WIBRACJE. Na starcie w T&CC w Giebułtowie pojawiło się 24 graczy, 12 par mikstowych, 12 tenisistek i 12 tenisistów plus paru gości. Po raz pierwszy miałam kilku nowych uczestników Kingę, Marysię, Mariolę, Agatę , Grzesia i Artura, resztę stanowiła stara, dobra  i sprawdzona gwardia  krakowsko- śląska?

Faza grupowa była bardzo zacięta, o zwycięstwie w wielu meczach decydowały tie-breaki, na trybunach raz po raz rozlegały się oklaski zaproszonych gości, wymiany, akcje, gra to był mistrzowski poziom. My z moim partnerem  Mariuszem zagraliśmy świetny mecz grupowy przeciwko bardzo dobrej parze Viktorii i Tomkowi, wygraliśmy 6:4, 6:3. Drugi mecz grupowy przegraliśmy z parą Mariola i Artur i po fazie grupowej z powodu złego samopoczucia Mariusza nie graliśmy już w drabince pucharowej. Na szczęście Mariusz poczuł się później lepiej i do końca już tylko jako gość mógł bawić się na turnieju.

Po fazie grupowej  8 par zmierzyło się w ćwierćfinałach, 4 wzięły udział w półfinałach turnieju pocieszenia. Mecze tej fazy to był naprawdę kawał świetnego tenisa. Zaangażowanie , zapał uczestników robił niesamowite wrażenie, wszyscy grali fantastycznie.

W półfinałach spotkali się Mariola z Arturem przeciwko Kindze i Jaromirowi oraz Ania i Grzegorz przeciwko Marzenie i Markowi. Krakusy i Ślązacy stoczyli siostrzano-bratobójcze pojedynki?Mecze były bardzo dynamiczne, wyrównane, długie, ze zwrotami akcji. Czas nas gonił i wiedzieliśmy, że finału nie zdążymy rozegrać, dlatego też finaliści zajęli ex aequo I MIEJSCE. Byli to Kinga z Jaromirem i Ania z Grzegorzem, ogromne gratulacje!

Turniej pocieszenia po finale z Anetą i Darkiem wygrali Viktoria i Tomek, gratulacje!

Gra na kortach szła swoim torem, a w kuluarach, w strefie relaksu toczyły się świetne towarzyskie rozmowy, oczywiście muzyczka w tle, wibracje, tańce, wygłupy. Zabrakło nam tylko słonecznej pogody , nie mogliśmy się rozkoszować widokami naszej lokalnej Toskanii?

W naszym chilioutowym pokoiku mogliśmy zjeść pyszne rzeczy przygotowane przez Enoteca ( Ewa dziękuję), chlebek od Dominika i Kasi z piekarni Młyn  i specjalnie przywiezione  z nad morza przez Łukasza wędzone jesiotry , smak rajski?

Uczestnicy mieli też możliwość sprobowania pysznych, zdrowych musów owocowych i warzywnych dostarczonych prze partnera turnieju OWOLOVO oraz po wycieńczających meczach wzmocnić się napojami VITAMIN C SYNERGY DRINK od firmy My Vit Ltd.

Pucharów jak to na moich turniejach jest w zwyczaju nie było?Za to każdy z uczestników dostał tzw.kate gift pack ? z fajnymi  gadżetami od tennis stores by kate, OWOLOVO i od kolejnego partnera turnieju SOBIESŁAW ZASADA AUTOMOTIVE.

Wśród uczestników turnieju zostały rozlosowane nagrody dodatkowe, vouchery na pyszną pizze i wino do ENOTECA oraz parasole od Mercedesa.

Zwycięzcy turnieju głównego i pocieszenia dostali vouchery na kilka godzin gry na kortach od partnera turnieju T&CC w Giebułtowie.

Dziękuję wszystkim moim GOŚCIOM, że Wam się chce u mnie grać, że lubicie, że dajecie swoją świetną energię, że tworzycie społeczność pasjonatów tenisa.

Dziękuję wszystkim Partnerom wydarzenia i sponsorowi głównemu firmie LESTER HOLDING za zaufanie do mnie, za wsparcie inicjatywy początkującej blogerki ?, za inwestowanie w rozwój sportowego wizerunku i tenisowej aktywności.Mam nadzieję, że to dopiero  wspaniały początek naszej wspólnej współpracy i przygody. 

Dziękuję G za jak zawsze profesjonalne, najpiękniejsze tabelki turniejowe i rozpiskę meczy.

W głowie kiełkują mi kolejne pomysły na tematyczne turnieje, zobaczymy się już wkrótce.

Najważniejsze jest to, że udaje mi się gromadzić na moich turniejach wspaniałych ludzi. Nasze grono cały czas się powiększa, poziom tenisa jest bardzo wysoki, ale oprócz tego łączą nas podobne klimaty, lubimy spędzać ze sobą fajnie czas.  Pasja do gry, walka  do ostatnich sił, do kończącej piłki jest w krwiobiegu nas wszystkich, kochamy tenisa i kochamy życie.

Dziękuję, że jesteśmy razem!

 


TURNIEJ ZAKOCHAJ SIĘ W MIKŚCIE

TURNIEJ ZAKOCHAJ SIĘ W MIKŚCIE

Jest coś takiego w organizacji turniejów co mnie niesamowicie mówiąc kolokwialnie kręci.

Zawsze zaczyna się od pomysłu na nazwę, detale wizualizacyjne plakatu( specjalne podziękowania dla Anity, która moje pomysły na plakaty ubiera w artystyczne arcydzieła), koncepcja na grę, dobór uczestników, przekąsek, nagród itd. Po nitce do kłębka, powstaje projekt skończony i wdrożony. To mi zostało z pracy w korporacji, zadaniowość, bo tuż po skończonym  turnieju, dosłownie jak tylko wróciłam do domu, zrodziła się w  mojej głowie nowa koncepcja. Implus do mózgu wysłany, proces kreowania nowego turnieju rozpoczęty. Ale zanim odbędzie się nowy, dzisiaj moje  subiektywne sprawozdanie  z  ostatniego turnieju mikstowego ZAKOCHAJ SIĘ W MIKŚCIE.

W latach szkolnych pierwszy dzień wiosny obchodziliśmy na wiele sposobów, dzień wagarowicza, topienia marzanny ,dzień zakochanych, dzień tulipanów?

To te wspomnienia zainspirowały mnie do połączenia tych wszystkich elementów i stały się podwaliną turnieju.

Były zakochane pary, były piękne tulipany, czuliśmy się jak na odjazdowych wagarach od obowiązków, nie topiliśmy tylko marzanny?, ale przede wszystkim było dużo grania w tenisa.

 W turnieju wzięły udział 32 osoby, 16 par mikstowych, fajnych ludzi, świetnie grających w tenisa.

Zaprosiłam na turniej sprawdzonych znajomych ze Śląska i Krakowa, ale też parę nowych, świeżutkich znajomych?Intuicja, że ci akurat ludzie się polubią i zaiskrzy między nimi mnie nie zawiodła, towarzyska atmosfera była świetna.

Część par to zgrane pary mikstowe, ale byli też debiutanci, którzy po raz pierwszy grali ze sobą i szło im bardzo dobrze, a jedna z takich par, Viktoria i Tomek swój debiut turniejowy skończyła dopiero w półfinale!  A druga Ania i Jaromir wygrała turniej pocieszenia. Gratulacje! 

Mecze grupowe były bardzo zacięte i trwały troszkę dłużej niż zaplanowałam, ale warto było na to popatrzeć. Zaangażowanie, determinacja do ostatniej piłki, jeden kolega upadł na kolana i solidnie je obdarł, emocje sportowe były mocno wyśrubowane , nawet trzeba było je podczas jednego meczu studzić? A na kortach przede wszystkim rządził tenis, w najlepszym wydaniu, poziom gier był bardzo wysoki, zagrania, piłki i akcje  turniejowe były  warte tzw.stadionów świata. Szkoda, że w obecnych pandemicznych czasach nie może być na turniejach publiczności, bo gra zasługiwała na aplauz i głośne brawa.

Po fazie grupowej, dwie pary z pierwszych miejscy w grupach awansowały do turnieju głównego, pozostałe grały turniej pocieszenia. Faworyci nie zawiedli, w finale znaleźli się Marysia z Danielem i Agata z Gregiem. Wygrali Ślązacy, Agata i Greg, gratulacje! Muszę się pochwalić , że ja z moim partnerem mikstowym  Mariuszem mieliśmy przyjemność grać mecz grupowy z Marysią i Danielem i po bardzo wyrównanej walce, udało nam się pokonać tą sympatyczną parę finalistów.

Meczu o trzecie miejsce nie było, więc dwie pary zajęły je ex aequo Ania z Radkiem i wspomniana wcześniej para debiutantów Viktoria i Tomek.

W turnieju pocieszenia w finale wygrali krakowiacy Ania i Jaromir pokonując  po pięknym meczu Sonię i Mirka ze Śląska. 

Każda z par zagrała minimum cztery mecze, można było się solidnie nagrać, finaliści skończyli dopiero późnym wieczorem i w ogóle nie wyglądali na zmęczonych?

Podczas turnieju oprócz nagród za pierwsze miejsca , przyznałam kilka wyróżnień i tak:

ZAWODNICZKĄ  MVP TURNIEJU została Iza, najmłodsza i przemiła uczestniczka, grająca piękny technicznie tenis

ZAWODNIKIEM MVP TURNIEJU został Darek za świetne, kończące woleje, taktyczne rozwiązania meczowe i gentlemanstwo.

NAGRODA FAIR PLAY  powędrowała do Teresy, za całokształt postawy turniejowej 

NADZIEJĄ TENISA został Filip, najmłodszy uczestnik turnieju, jak głowa będzie spokojna podczas meczów to przyszłość przed Tobą świetlana chłopaku 

Przyznałam też kilka bardziej osobistych wyróżnień, dla Ani za pyszny sernik, dla Radka za muzykę, dla Marka za koordynację mobilną towarzystwa ze Śląska oraz za pomoc w sprzątaniu, dla Grzesia L za bycie duszą moich wszystkich turniejów i dla G! za zaangażowanie oraz dużą pomoc w ogarnięciu wielu około turniejowych tematów na czele z tabelkami. 

Dziękuję wszystkim Uczestniczkom i Uczestnikom turnieju, to było niepowtarzalne popołudnie i wieczór. Prawie nie mamy zdjęć?, nie było czasu ich robić , bo tak byliśmy zaangażowani we wspólne granie, pochłonięci wiosenną atmosferą i zapachem różowych tulipanów. To był zaszczyt Was gościć, do zobaczenia na następnym turnieju, tym razem singlowym MAJOWE WIBRACJE, szczegóły wkrótce. 


WSPÓŁZAWODNICTWO RODZI RADOŚĆ CZY ZAZDROŚĆ?

WSPÓŁZAWODNICTWO  RODZI  RADOŚĆ CZY  ZAZDROŚĆ ?

Znam tenisistki i tenisistów , którzy nie grają w żadnych ligach, turniejach, nie rywalizują na punkty, grają wyłącznie z trenerami, czasami towarzysko ze znajomymi.  Czerpią z bogactwa tenisa pełnymi garściami, mają świetne sylwetki, znakomitą kondycję, często grają technicznie bardzo dobrze, ale z jakiegoś powodu nie chcą współzawodniczyć w amatorskich rozgrywkach, głównie z obawy, że presja jest  za duża i nie podołają. 

Trochę ich rozumiem, mój przykład pokazuje, że granie turniejów kiedy się ma praktycznie zerowe umiejętności mija się z celem. Startując w swoich pierwszych turniejach nabawiłam się głównie kompleksów, ale wyciągnęłam z tego cenną lekcję, wiele lekcji…

Nie można się porównywać z innymi, zarówno w sporcie jak i w życiu, im bardziej zaczynamy się porównywać z innymi, tym mniej wiemy o sobie. Zdrowa rywalizacja powinna rozwijać, nie frustrować.

Jeżeli moje tenisowe umiejętności są na poziomie  początkującym lub średnio zaawansowany nie mogę oczekiwać, że w meczu z tenisistką zaawansowaną, pro, albo najlepiej taką, która od dziecka trenuje tenisa lub jest instruktorką tenisa ( miałam takie mecze ), nawiążę walkę na tym samym poziomie lub ją pokonam. Nie można tego sobie robić. Można podziwiać takie tenisistki i krok po kroku, trening po treningu dążyć do tego, żeby grać technicznie tak jak one, nie zazdrościć, inspirować się. Kiedy tylko zazdrościsz, frustrujesz się, nie jesteś gotowa, gotowy, żeby współzawodniczyć.

Podziwiam wiele tenisistek i tenisistów, zawsze z dużą przyjemnością oglądam ich na kortach podczas amatorskich rozgrywek, mam swoich idoli w tym środowisku, chętnie ich komplementuję, słucham ich wskazówek i rad. Zauważyłam też jedną prawidłowość, im są lepsi tym bardziej chcą się dzielić swoimi doświadczeniami, nie mają kompleksów i potrzeby udowadniania swojej wyższości, tą potrzebę mają zwykle zupełnie inni tenisiści.

Dlatego mamy w  amatorskich ligach i turniejach podział na stopnie zaawansowania, tak ,żeby każdy mógł podołać wyzwaniom meczy, żeby rywalizacja była sprawiedliwa i rozwijająca. 

Niestety nie jest to takie oczywiste i  czasem w ligach, a głównie w  turniejach  jest prawdziwy galimatias. Mierzysz się z herosem, goliatem, a dysponujesz arsenałem środków motyla …, pół biedy jeżeli ci zaawansowani technicznie zawodnicy dają ci pograć, wtedy jest w miarę miło, ale najczęściej jest szybka egzekucja, dla żadnej ze stron tego widowiska niezbyt przyjemna.

Tego boją się ci tenisiści , którzy nie współzawodniczą. A że w tenisie głównie się przegrywa, nawet jeżeli ładnie to jednak się przegrywa, więc wolą sobie tego oszczędzić.

Z drugiej strony, jeżeli połkniesz bakcyla i tenis stanie się twoją pasją, naturalną koleją rzeczy jest to, że chcesz się rozwijać, grać mecze, wygrywać, rywalizować, sprawdzić się . Grając w lidze  czy w turniejach nabywa się pewności zagrań, poruszania się po korcie, którego geometria meczowa jest zupełnie inna niż treningowa, mimo, że kort ma ten sam wymiar, w meczu o punkty piłki tak idealnie nie wchodzą jak na treningu. Poznajesz siebie, swoje zasoby, swój potencjał, wytrzymałość, reakcję na stres, przyjemną ekscytację, współzawodniczysz ,myślisz, grasz z przeciwnikiem, a czasem też z samym sobą…  

I ta otoczka meczy granych na punkty, drabinki turniejowe, tabele, puchary, rytuały, często na jakiś wyjazdach, gdzie cały dzień spędzamy w gronie takich samych pasjonatów jak my, to jest właśnie sedno i piękno sportowej rywalizacji. Tyle wspaniałych doznań …, szkoda byłoby tego nie przeżyć.

Należy też zawsze pamiętać, że jesteśmy amatorami i gramy z amatorami, nawet najlepsi z nas to wciąż amatorzy, dlatego warto zachować swój niepowtarzalny styl bycia i gry, nie przejmować się, że nie wychodzi, albo wychodzi średnio, nie narzucać sobie zawodowej presji. Nigdy nie należy w amoku rywalizacji zgubić pasji i radości z tego, że gramy w tenisa po swojemu, co więcej,  z tej swojej niepowtarzalności warto zrobić atut.

Współzawodnictwo meczowe nie jest dla każdego, jeżeli budzi niezdrową zazdrość i rywalizację, powoduje duży stres, trzeba odpuścić ,ale jeżeli rozwija, daje  radość i pozytywny zastrzyk adrenaliny, dobrze jest  spróbować, byle nie za wcześnie. Trzeba posłuchać siebie, trenerów i odważyć się wejść na tą ścieżkę, pełną wrażeń, wyzwań i finalnie ogromnej satysfakcji,  bo jednak przychodzi ten pierwszy wygrany mecz, drugi, a potem następne… I już nie zazdrościsz, z radością i pozytywną ekscytacją współzawodniczysz na równych zasadach…Warto dać sobie szansę i jak na załączonym zdjęciu z Monacor, z królestwa Rafaela Nadala, po prostu:  ENJOY THE COMPETITION !